Witajcie, kochani! Mam nadzieję, że mieliście udanego Sylwestra i że wszystkie noworoczne postanowienia uda Wam się w tym roku spełnić :) Moim marzeniem na ten rok są czytelnicy. Nawet najwęższe grono, bo od czegoś trzeba zacząć, ale bardzo bym chciała by ktoś jeszcze dał miłość Allanowi i Jasperowi, tak jak ja im ją dałam. Siedzę w tej chwili na wykładzie z Ekonomii i przez to jakże wielkie zaangażowanie w zajęcia opanowałam umiejętność udostępniania sobie z telefonu Internetu do laptopa. To będzie to, co powiem kiedy ktoś mnie zapyta, co wynoszę w wykładów na studiach :p No nic, przed Wami moi drodzy pierwszy pełnowymiarowy rozdział tej historii, w którym bliżej poznacie samego Allana. Mam nadzieję, że będzie Wam się dobrze czytało i że podzielicie się swoimi opiniami ze mną w komentarzach. Trzymajcie się ciepło, idą śnieżyce podobno - u mnie już wszystko pokryło się białym puchem.
Enjoy!
Lucyfer
PS. Wiem, że na razie krucho z dialogami, ale mogę Was zapewnić, że w kolejnych rozdziałach będą gadali więcej xD
***
W
ciągu swojego dwudziestoletniego życia, Allan zdążył przyzwyczaić się, że
wszystkie decyzje dotyczące jego osoby były podejmowane za niego. Pogodził się
więc z tym, że dni przelatywały mu między palcami jednostajnym tempem, niczym
monotonna melodia wygrywana przez nakręcaną katarynkę, a on nie miał w tej kwestii
do powiedzenia nic ponad to, ażeby na każdą rzecz przystać z chłodną
obojętnością. Wszak tylko ona była jego świadomym wyborem. Allan był więc
pewien, jak tego że po nocy wstaje dzień, a księżyc ustępuje słońcu, że mając
do perfekcji opanowaną umiejętność zachowania niewzruszonej postawy, nic nie
będzie w stanie tego porządku zaburzyć.
Aż
do pewnego mroźnego poranka, gdy kryształowe światło zimowego słońca
rozświetliło białe ściany komnaty arystokraty, rzucając na nie cień prószących
płatków śniegu. Przypominały one odłamki szkła, gotowe zranić każdego, kto nie
daj byle wychynąłby poza ciepłe kąty własnego domu. Allan przesiadywał wówczas
na szerokim parapecie, wsparty na stosie puchowych poduch i ze stopami
przykrytymi grubym, wełnianym kocem, który w dużej mierze spoczywał na deskach
podłogi. Na kolanach arystokraty, podciągniętych blisko klatki piersiowej
opierał się niewielki kajet w twardej, skórzanej okładce. Smukła dłoń chłopaka
sunęła pewnie po papierze, trzymając eleganckie wieczne pióro w metalowej
oprawie. Młodzieniec raz po raz zerkał za okno, jakby w poszukiwaniu
inspiracji, by zaraz wrócić do przerwanego zajęcia. Czasem wystukiwał na
kolanie wolną dłonią jakiś rytm,
by zaraz wykreślić część tego, co znajdywało się na kartce i wprowadzić korektę, po czym wystukiwał rytm raz jeszcze i ukontentowany wracał do pisania. Światło dnia odbijało się w jego blond kosmykach i białych szatach, zdecydowanie zbyt lekkich, jak na tę porę roku, ale Allan, jak gdyby w ogóle tym faktem nie przejęty, czasem tylko potarł ramiona. Skupienie zaostrzało i tak już ostre rysy jego twarzy, miękkim pozostawiając jedynie spojrzenie, które i tak stężało natychmiast, gdy drzwi komnaty rozwarły się niespodziewanie. Z cichym westchnieniem odłożył na bok zeszyt i naciągnął koc, tak by okrywał go do połowy klatki piersiowej. Nie spojrzał jednak w stronę drzwi, doskonale wiedząc, kto w nich stanął. Tylko jedna osoba w tym domostwie nie miała obowiązku pukać, przed wejściem gdziekolwiek. Wszystko we dworze i tak było jego własnością.
by zaraz wykreślić część tego, co znajdywało się na kartce i wprowadzić korektę, po czym wystukiwał rytm raz jeszcze i ukontentowany wracał do pisania. Światło dnia odbijało się w jego blond kosmykach i białych szatach, zdecydowanie zbyt lekkich, jak na tę porę roku, ale Allan, jak gdyby w ogóle tym faktem nie przejęty, czasem tylko potarł ramiona. Skupienie zaostrzało i tak już ostre rysy jego twarzy, miękkim pozostawiając jedynie spojrzenie, które i tak stężało natychmiast, gdy drzwi komnaty rozwarły się niespodziewanie. Z cichym westchnieniem odłożył na bok zeszyt i naciągnął koc, tak by okrywał go do połowy klatki piersiowej. Nie spojrzał jednak w stronę drzwi, doskonale wiedząc, kto w nich stanął. Tylko jedna osoba w tym domostwie nie miała obowiązku pukać, przed wejściem gdziekolwiek. Wszystko we dworze i tak było jego własnością.
- Allanie
– ciszę przerwał oschły, męski głos, przypominający trzask trawionego ogniem
drewna.
-
Tak, ojcze? – blondyn nadal pozostawał w swojej pozycji, nie odrywając wzroku
od widoku za ogromnym oknem.
od widoku za ogromnym oknem.
-
Nie sądzisz, że wypadałoby wstać, kiedy przyjmujesz gości w swych komnatach?
Że już nie wspomnę o stosowniejszym stroju – ton mężczyzny przyprawiał Allana o ciarki, jednak nie odrzekł nic, a jedynie odłożył koc na bok i stanął bosymi stopami przodem
do niego. Mężczyzna tylko westchnął ciężko i zmierzył syna krytycznym spojrzeniem.
– Przebierz się i przyjdź do mojego gabinetu. Za dziesięć minut chcę cię widzieć.
Że już nie wspomnę o stosowniejszym stroju – ton mężczyzny przyprawiał Allana o ciarki, jednak nie odrzekł nic, a jedynie odłożył koc na bok i stanął bosymi stopami przodem
do niego. Mężczyzna tylko westchnął ciężko i zmierzył syna krytycznym spojrzeniem.
– Przebierz się i przyjdź do mojego gabinetu. Za dziesięć minut chcę cię widzieć.
Powiedziawszy
to obrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia, pozwalając służbie zamknąć
za sobą drzwi. Allan jedynie przetarł dłońmi twarz. Nie zostało mu nic innego, jak
tylko wykonać polecenie ojca. Nie wykonywanie poleceń kończyło się karą. Kary
były bolesne. Nie wykonywanie poleceń nigdy nie wychodziło na dobre.
***
Stanąwszy
przed drzwiami ojcowego gabinetu, poprawił jeszcze kołnierz koszuli
i przygładził blond kosmyki, próbując zniwelować wszelkie okazje do rozmaitych szyderstw ze strony ojca. Allan nawet nie łudził się, że wyjdzie z pokoju nie usłyszawszy ani jednej złośliwej uwagi na swój temat, wiedział jednak, że ojcu mimo wszystko zależy na jego dobrej prezencji. Nie na nim, ale lepsze to niż całkowity brak zainteresowania z jego strony. Chociaż…
i przygładził blond kosmyki, próbując zniwelować wszelkie okazje do rozmaitych szyderstw ze strony ojca. Allan nawet nie łudził się, że wyjdzie z pokoju nie usłyszawszy ani jednej złośliwej uwagi na swój temat, wiedział jednak, że ojcu mimo wszystko zależy na jego dobrej prezencji. Nie na nim, ale lepsze to niż całkowity brak zainteresowania z jego strony. Chociaż…
Allan
potrząsnął głową. To nie był czas stosowny do roztkliwiania się nad stosunkami
rodzinnymi. Przyzwyczajony do narzucania mu konkretnego działania, wiedział, że
prościej jest wykonywać polecenia i przetrwać na tym padole nie wyobrażając
sobie, jak inne mogłoby być jego życie. Odetchnął głęboko i zastukał delikatnie
w dębowe drzwi. W chwili, gdy knykcie ledwie musnęły drewnianą powierzchnię,
drzwi stanęły przed nim otworem, pociągnięte przez służki, do których
obowiązków należało czuwanie nad spokojem ich pana.
-
Wejdź, synu – rzucił chłodno mężczyzna znad sterty dokumentów, nie zaszczycając
chłopaka ani jednym spojrzeniem. Rzadko zwracał się do niego po imieniu.
Używając tego jednego słowa natomiast, zupełnie obrzydził je młodzieńcowi.
Brzmiało ono bowiem, jak tytuł przyzwalający na, nie tyle sprawowanie pieczy
nad nim, ile trzymanie w posiadaniu. Wypowiadane wypranym z wszelkich uczuć
tonem, nigdy nie przywodziło arystokracie ciepłych myśli i wspomnień, których
zresztą nie posiadał. Ciepłe nie było dzieciństwo, ciepła nie była rodzina. Dla
Allana obraz rodziny widziany w kolorowych barwach był absurdem, marą, nie
mającą pokrycia z rzeczywistością.
Pewnym
krokiem przekroczył próg gabinetu i stanął naprzeciw biura, za którym siedział
ojciec. Wyprostowany niczym struna z rękoma spuszczonymi wzdłuż tułowia,
wpatrywał się wyczekująco w przeplataną siwizną czuprynę mężczyzny pochylonego
nad papierami, jednak gdy przez dłuższą chwilę nie odezwał się ani słowem, Allan
postanowił przerwać ciszę.
-
Chciałeś mnie widzieć, ojcze – odezwał się cicho, pierwszy raz tego dnia.
-
Usiądź – rzucił tylko krótko, składając jednocześnie zamaszysty podpis na
jednej kartce
i wymieniając ją na inną. Przestudiował jej treść, jednak prawdopodobnie orientując się, iż wymaga ona głębszego wczytania się, odsunął ją od siebie razem z piórem, wzdychając ciężko. Dawał swemu synowi wyraźnie do zrozumienia, że gdyby to zależało od niego, nie marnował by swego cennego czasu na kogoś, kto nie będzie w stanie nawet zapewnić ciągłości rodu, o przejęciu rodzinnych interesów nie wspominając. – Zawarłem bardzo korzystny układ dla naszego nazwiska.
i wymieniając ją na inną. Przestudiował jej treść, jednak prawdopodobnie orientując się, iż wymaga ona głębszego wczytania się, odsunął ją od siebie razem z piórem, wzdychając ciężko. Dawał swemu synowi wyraźnie do zrozumienia, że gdyby to zależało od niego, nie marnował by swego cennego czasu na kogoś, kto nie będzie w stanie nawet zapewnić ciągłości rodu, o przejęciu rodzinnych interesów nie wspominając. – Zawarłem bardzo korzystny układ dla naszego nazwiska.
-
To znaczy? – ton, jakim ojciec wypowiedział te słowa nieznacznie zaniepokoił
chłopaka. Jeszcze bardziej niepokojące wydało mu się jego spojrzenie. Pewne,
chytre,
zadowolone z siebie. Zadowolenie mężczyzny na ogół równało się z niewygodą jego syna.
zadowolone z siebie. Zadowolenie mężczyzny na ogół równało się z niewygodą jego syna.
***
Spakowane
kufry stały pod ścianą obok drzwi komnaty. Allan siedział na brzegu łoża,
przodem do wielkiego okna, na którego parapecie spędził tyle dni, tyle
bezsennych nocy, na którym powstało tyle utworów, skrywających jego całego. Ściany
tego pokoju wchłonęły żal po stracie matki, którego nie chciał dusić w sobie,
ani dzielić z nikim innym. W klawiszach fortepianu stojącego po środku
pomieszczenia utrwalony był jego dotyk, w widoku za oknem jego spojrzenie.
Wielkie łoże już na zawsze miało zapamiętać kształt jego ciała, postacie spoglądające
na niego z obrazów zawieszonych na ścianach, miały być jedynymi, które
zapamiętają jego, jako człowieka niegdyś mieszkającego w tym miejscu. Nikomu
więcej nie wolno było o nim pamiętać, albowiem dla całej reszty formalnie żadna
rzecz nie ulegała najmniejszej zmianie. Młody panicz, jak żył w tym pokoju, tak
żyć dalej będzie. Być może w blond włosach sięgających łopatek, należących do
tego chłopaka słońce będzie odbijać się tak samo, jak w jego własnych. Być może
palce będą gładziły klawisze fortepianu, tak jak do tej pory zwykły robić to
palce Allana. Z tym że to już nie będzie on. Jego rolę przejmie ktoś, kto
sprawi się w niej o wiele lepiej. Nie zmieni się nic zupełnie, za wyjątkiem
tego, że to nie Allan będzie synem Clude’a Vedis. Sam nie wiedział kim od tego
momentu właściwie będzie. Wprawdzie nigdy nie wiedział tego zbyt dobrze, ale
przynajmniej definiowała go w jakimś stopniu metryka. Finalnie nawet ona nie
będzie już do niego należeć, albowiem Allanem Vedis będzie teraz ktoś inny.
-
Gdyby w życiu wszystko było takie proste – mruknął pod nosem blondyn, pierwszy
raz jawnie ironizując i okazując niezadowolenie. W oczy rzuciła mu się jeszcze
jedna rzecz, której nikt nie spakował, a on ani myślał opuszczać bez niej
posiadłości. Na nakrywie fortepianu spoczywała niewielka, biała figurka. Jedyny
jawny reflektant jego twórczości. Allan wstał ociężale z łoża, czując że
przyciąga ono niczym magnes. Miał wrażenie, że komnata wcale nie chce go
wypuszczać ze swych objęć i każdą swoją częścią próbowała mu to przekazać.
Wygładził niewidzialne zagniecenia na ciemnych spodniach garniturowych i
sztywnym krokiem podszedł do białego instrumentu, należącego niegdyś do jego
matki. Ostrożnie wziął figurkę do ręki, gładząc palcem porcelanową
powierzchnię. Wrócił na swoje poprzednie miejsce i krzyżując nogi w kostkach
wpatrywał się nieprzytomnie w miniaturowe postaci. Opuszkiem obrysował pierw
skulonego w kuckach anioła o pięknych skrzydłach, złożonych pokornie na plecach,
trzymającego dłonie na piersi. Z całą pewnością nie była to anielica, Allan nie
miał co do tego żadnych wątpliwości, mimo iż figurka wcale nie była
szczegółowa. Nie dało się dostrzec rysów twarzy ani nawet dokładnego kształtu
sylwetki, ale czuł, że się nie myli. Nad drobniejszym stworzeniem górował dumnie
wyprostowany anioł z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Wydawał się być
silniejszy i potężniejszy niż jego towarzysz, i na pierwszy rzut oka zdawać by
się mogło, że bynajmniej nie jest do niego przychylnie nastawiony. Allan
wierzył jednak, że większy anioł w pewien sposób chroni klęczącą postać przed
wszelkim złem. Początkowo, gdy jeszcze utożsamiał się ze skulonym aniołem, w
większym widział uosobienie muzyki, która tyle lat sprawowała nad nim pieczę. Po
czasie jednak przestał w to wierzyć. Tak naprawdę nikt nad nim nie czuwał,
muzyka pomagała mu jedynie przetrwać. Nie mniej, osoba, która zostawiła figurkę
na progu posiadłości dziesięć lat temu, w dniu śmierci jego matki,
prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, jak wielką przysługę mu wyświadczy.
-
Paniczu, już czas. Powóz czeka – głos został za drzwiami jego komnaty. Po
awanturze, jaka wywiązała się w biurze pana Vedis nikt nie śmiał nawet
mimochodem, nawet przelotem podnieść wzroku na jego syna, zatem służba już
nawet nie upraszała się o zezwolenie na wejście do jego komnat.
-
Już idę – odparł cicho, wiedząc że i tak doskonale go słychać, gdyż nie
wchodzenie sprzyjało przyklejaniu uszu do drzwi. Był pewien że dokładnie to
robili przechodzący w ciągu minionej godziny służący. – Godzina. Dał mi
godzinę. To już nawet nie jest przykre – prychnął gorzko pod nosem. Zawinął
figurkę w jedwabną chustkę do nosa i wsunął ostrożnie do kieszeni marynarki.
-
Pośpiesz się, powóz nie będzie na ciebie czekał wiecznie! – zza drzwi rozległ
się zniecierpliwiony głos pana majątku. Bezceremonialnie wtargnął do komnaty, a
widząc dopiero podnoszącego się ze swojego miejsca chłopaka nieomal wpadł w
furię. – Raczysz ze mnie kpić, szczeniaku? – warknął cicho, zapewne w nadziei,
że służący czekający na korytarzu niczego nie usłyszy. Och, jakże płonne są twe
nadzieje, ojcze, pomyślał z kpiną. Sarkazm pozostawał bezpieczny jedynie w jego
myślach.
-
Nie śmiałbym, ojcze – odszepnął, spuszczając pokornie wzrok.
-
Nie nazywaj mnie tak nigdy więcej, już nie jestem twym ojcem – wyrzucił z pogardą.
– W tej chwili masz iść do powozu. Nie chcesz, bym musiał się powtarzać – w
ostatnich słowach kryła się groźba i Allan doskonale zdawał sobie z tego
sprawę.
-
Nigdy nie byłeś mi ojcem – westchnął Allan, kiedy był pewien, że mężczyzna już
go nie usłyszy. Poprawił krawat i po raz ostatni zawiesił wzrok na swoim
odbiciu. Wyglądał zupełnie, jak nie on w ciemnym dopasowanym, idealnie
skrojonym garniturze. Jego szczupłą, ale proporcjonalną sylwetkę podkreślała
śnieżno biała koszula wpuszczona w ciemne spodnie, zaprasowane w kant, których nogawki
zwężały się delikatnie ku dołowi, uwydatniając to, jak smukłe i długie były
jego nogi. Blond włosy sięgające zwykle łopatek, teraz spięte były czarną
aksamitną wstążką w swobodnie spływający na plecy ogon. Krótsze kosmyki okalały
jego pociągłą twarz, o wyraźnych i ostrych rysach. Mierzył to odbicie zaciętym,
zimnym spojrzeniem błękitnych oczu. Takie wynaturzenie. Jak miał tutaj pasować?
Westchnął
ciężko i opuścił powieki by nie musieć już na siebie patrzeć. Gdyby to od niego
zależało, gdyby zależało od niego cokolwiek, nie spojrzałby na siebie już nigdy
więcej, ani nie narażałby na ten widok nikogo innego. Gdyby tylko mógł. Nie
oglądając się za siebie, opuścił pomieszczenie, które tyle lat było mu
schronieniem i zostawiając wyniesienie swoich bagaży służbie wyszedł na
zewnątrz. Nie zamierzał się z nikim żegnać, zaszczycać spojrzeniem czy choćby
jednym słowem, tak jak nie oczekiwał tego od nikogo w zamian. Zamykał za sobą
wszystkie drzwi, które łączyły go ze starym życiem, usiłując przygotować się na
nieznane, które go oczekiwało. Nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego iż wcale
nie tak łatwo jest zostawić przeszłość za plecami, udając, że nigdy doń nie
należała.
-
Proszę do środka, paniczu – woźnica otworzył przed Allanem drzwi powozu,
do którego chłopak wspiął się po niewielkich stopniach. Nie dostał od ojca na odchodne żadnego płaszcza, zatem trząsł się z zimna. Pocieranie dłońmi ramion nic by nie dało, więc nawet nie próbował, udając, że temperatura nie robi mu najmniejszej różnicy. Zdążył jednak zauważyć współczujący wzrok mężczyzny przytrzymującego drzwi i znienawidził siebie jeszcze bardziej. Wzbudzanie w kimkolwiek jakichkolwiek emocji równało się z braniem za nie odpowiedzialności. Allan natomiast wolał aby jedyną osobą, za którą musi brać odpowiedzialność był on sam, tak, jak było to przez całe dotychczasowe życie. – Zaraz podam koce, paniczu…
do którego chłopak wspiął się po niewielkich stopniach. Nie dostał od ojca na odchodne żadnego płaszcza, zatem trząsł się z zimna. Pocieranie dłońmi ramion nic by nie dało, więc nawet nie próbował, udając, że temperatura nie robi mu najmniejszej różnicy. Zdążył jednak zauważyć współczujący wzrok mężczyzny przytrzymującego drzwi i znienawidził siebie jeszcze bardziej. Wzbudzanie w kimkolwiek jakichkolwiek emocji równało się z braniem za nie odpowiedzialności. Allan natomiast wolał aby jedyną osobą, za którą musi brać odpowiedzialność był on sam, tak, jak było to przez całe dotychczasowe życie. – Zaraz podam koce, paniczu…
-
Nie trzeba – odpowiedział bez zastanowienia.
-
Ależ, paniczu! Jest tak niska temperatura… Nawet konie dostały cieplejsze
derki, przeziębi się pan!
-
Nie trzeba – powtórzył z naciskiem, nie patrząc w oczy woźnicy. Nie obchodziło
go zbytnio, czy faktycznie się przeziębi, czy dopadnie go zapalenie płuc a
potem powolne, bolesne umieranie. Byłoby mu to nawet na rękę. Mężczyzna z
cichym westchnięciem zamknął drzwi, jednak po chwili przez okienko z drugiej
strony wpadł złożony w kostkę koc i spoczął na miejscu obok Allana, a zaraz za
nim następny. Za taką niesubordynację służba w jego domu zostawała zwalniana.
Do jak dziwnego miejsca się wybierał, jeżeli tam podwładni pozwalali sobie na
taką swobodę postępowania, a jednocześnie nie wyglądali na wypłoszonych ani
zastraszonych? W dodatku mógł przysiąc, że woźnica był ubrany lepiej niż nie
jeden sekretarz czy zastępca jego ojca.
Pokręcił
głową i ostatni raz rzucił okiem przez okno na swoje poprzednie życie.
Nikt za nim nie wyszedł, jednak nim powóz w końcu ruszył, zdało mu się iż jedna z ciężkich firan wiszących w oknach poruszyła się.
Nikt za nim nie wyszedł, jednak nim powóz w końcu ruszył, zdało mu się iż jedna z ciężkich firan wiszących w oknach poruszyła się.
Czekałam, czekałam iii się doczekałam 💜 Cieszę się, że mogę czytać tę pracę, naprawdę. Szczerze powiedziawszy Allan już od pierwszego wpisu przytulał się do mojego serduszka, ale po tym rozdziale...zdecydowanie go do niego przywiążę 😖 Co godzinę będzie dostawał tyle miłości, że wątroba nie nadąży z gromadzeniem glikogenu xD Serioo, utyje mi biedaczyna, ale im więcej ciałka tym lepiej 😏💕
OdpowiedzUsuńTak jak wspominałam w komenatrzu z pod pierwszego posta -strasznie podoba mi się twój styl pisania. Ten zasób słownictwa i zabawa nim zdecydowanie wpływają na korzyść tekstu.
Może w niektórych wypadkach brak dialogu sprawia, że wszystko ciągnie się jak flaki z olejem,ale nie tutaj. O nie. Absolutnie! Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do końca xd Mianowicie, mam na myśli...Nawet jeśli rozdziały składały się w większości z tekstu ciągłego -nic konkretnie by to nie zmieniło, bo piszesz w sposób tak przyjemny, że chcąc nie chcąc, każda litera przyciąga niczym mangnes 💜
Weny moja droga! Czekam na rozwój fabuły 💕
Absolutnie Cię kocham za te komentarze <3 Cieszę się, cieszę się i raz jeszcze się cieszę, czytając je bo dają mi ogromnego kopa do pisania :D ;*
UsuńJa się nie martwię, że on utyje, dokarmiaj go, kochana hahaha :D Więcej ciałka do kochania :>
Trzymaj się cieplutko i wszystkiego dobrego **^** Allan w następnym rozdziale przybędzie specjalnie dla Ciebie :333