czwartek, 3 stycznia 2019

Allan: Rozdział 1

Witajcie, kochani! Mam nadzieję, że mieliście udanego Sylwestra i że wszystkie noworoczne postanowienia uda Wam się w tym roku spełnić :) Moim marzeniem na ten rok są czytelnicy. Nawet najwęższe grono, bo od czegoś trzeba zacząć, ale bardzo bym chciała by ktoś jeszcze dał miłość Allanowi i Jasperowi, tak jak ja im ją dałam. Siedzę w tej chwili na wykładzie z Ekonomii i przez to jakże wielkie zaangażowanie w zajęcia opanowałam umiejętność udostępniania sobie z telefonu Internetu do laptopa. To będzie to, co powiem kiedy ktoś mnie zapyta, co wynoszę w wykładów na studiach :p No nic, przed Wami moi drodzy pierwszy pełnowymiarowy rozdział tej historii, w którym bliżej poznacie samego Allana. Mam nadzieję, że będzie Wam się dobrze czytało i że podzielicie się swoimi opiniami ze mną w komentarzach. Trzymajcie się ciepło, idą śnieżyce podobno - u mnie już wszystko pokryło się białym puchem.
Enjoy!
Lucyfer
PS. Wiem, że na razie krucho z dialogami, ale mogę Was zapewnić, że w kolejnych rozdziałach będą gadali więcej xD
***
W ciągu swojego dwudziestoletniego życia, Allan zdążył przyzwyczaić się, że wszystkie decyzje dotyczące jego osoby były podejmowane za niego. Pogodził się więc z tym, że dni przelatywały mu między palcami jednostajnym tempem, niczym monotonna melodia wygrywana przez nakręcaną katarynkę, a on nie miał w tej kwestii do powiedzenia nic ponad to, ażeby na każdą rzecz przystać z chłodną obojętnością. Wszak tylko ona była jego świadomym wyborem. Allan był więc pewien, jak tego że po nocy wstaje dzień, a księżyc ustępuje słońcu, że mając do perfekcji opanowaną umiejętność zachowania niewzruszonej postawy, nic nie będzie w stanie tego porządku zaburzyć.
Aż do pewnego mroźnego poranka, gdy kryształowe światło zimowego słońca rozświetliło białe ściany komnaty arystokraty, rzucając na nie cień prószących płatków śniegu. Przypominały one odłamki szkła, gotowe zranić każdego, kto nie daj byle wychynąłby poza ciepłe kąty własnego domu. Allan przesiadywał wówczas na szerokim parapecie, wsparty na stosie puchowych poduch i ze stopami przykrytymi grubym, wełnianym kocem, który w dużej mierze spoczywał na deskach podłogi. Na kolanach arystokraty, podciągniętych blisko klatki piersiowej opierał się niewielki kajet w twardej, skórzanej okładce. Smukła dłoń chłopaka sunęła pewnie po papierze, trzymając eleganckie wieczne pióro w metalowej oprawie. Młodzieniec raz po raz zerkał za okno, jakby w poszukiwaniu inspiracji, by zaraz wrócić do przerwanego zajęcia. Czasem wystukiwał na kolanie wolną dłonią jakiś rytm,
by zaraz wykreślić część tego, co znajdywało się na kartce i wprowadzić korektę, po czym wystukiwał rytm raz jeszcze i ukontentowany wracał do pisania. Światło dnia odbijało się w jego blond kosmykach i białych szatach, zdecydowanie zbyt lekkich, jak na tę porę roku, ale Allan, jak gdyby w ogóle tym faktem nie przejęty, czasem tylko potarł ramiona. Skupienie zaostrzało i tak już ostre rysy jego twarzy, miękkim pozostawiając jedynie spojrzenie, które i tak stężało natychmiast, gdy drzwi komnaty rozwarły się niespodziewanie. Z cichym westchnieniem odłożył na bok zeszyt i naciągnął koc, tak by okrywał go do połowy klatki piersiowej. Nie spojrzał jednak w stronę drzwi, doskonale wiedząc, kto w nich stanął. Tylko jedna osoba w tym domostwie nie miała obowiązku pukać, przed wejściem gdziekolwiek. Wszystko we dworze i tak było jego własnością.
- Allanie – ciszę przerwał oschły, męski głos, przypominający trzask trawionego ogniem drewna.
- Tak, ojcze? – blondyn nadal pozostawał w swojej pozycji, nie odrywając wzroku
od widoku za ogromnym oknem.
- Nie sądzisz, że wypadałoby wstać, kiedy przyjmujesz gości w swych komnatach?
Że już nie wspomnę o stosowniejszym stroju – ton mężczyzny przyprawiał Allana o ciarki, jednak nie odrzekł nic, a jedynie odłożył koc na bok i stanął bosymi stopami przodem
do niego. Mężczyzna tylko westchnął ciężko i zmierzył syna krytycznym spojrzeniem.
– Przebierz się i przyjdź do mojego gabinetu. Za dziesięć minut chcę cię widzieć.
Powiedziawszy to obrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia, pozwalając służbie zamknąć za sobą drzwi. Allan jedynie przetarł dłońmi twarz. Nie zostało mu nic innego, jak tylko wykonać polecenie ojca. Nie wykonywanie poleceń kończyło się karą. Kary były bolesne. Nie wykonywanie poleceń nigdy nie wychodziło na dobre.
***
Stanąwszy przed drzwiami ojcowego gabinetu, poprawił jeszcze kołnierz koszuli
 i przygładził blond kosmyki, próbując zniwelować wszelkie okazje do rozmaitych szyderstw ze strony ojca. Allan nawet nie łudził się, że wyjdzie z pokoju nie usłyszawszy ani jednej złośliwej uwagi na swój temat, wiedział jednak, że ojcu mimo wszystko zależy na jego dobrej prezencji. Nie na nim, ale lepsze to niż całkowity brak zainteresowania z jego strony. Chociaż…
Allan potrząsnął głową. To nie był czas stosowny do roztkliwiania się nad stosunkami rodzinnymi. Przyzwyczajony do narzucania mu konkretnego działania, wiedział, że prościej jest wykonywać polecenia i przetrwać na tym padole nie wyobrażając sobie, jak inne mogłoby być jego życie. Odetchnął głęboko i zastukał delikatnie w dębowe drzwi. W chwili, gdy knykcie ledwie musnęły drewnianą powierzchnię, drzwi stanęły przed nim otworem, pociągnięte przez służki, do których obowiązków należało czuwanie nad spokojem ich pana.
- Wejdź, synu – rzucił chłodno mężczyzna znad sterty dokumentów, nie zaszczycając chłopaka ani jednym spojrzeniem. Rzadko zwracał się do niego po imieniu. Używając tego jednego słowa natomiast, zupełnie obrzydził je młodzieńcowi. Brzmiało ono bowiem, jak tytuł przyzwalający na, nie tyle sprawowanie pieczy nad nim, ile trzymanie w posiadaniu. Wypowiadane wypranym z wszelkich uczuć tonem, nigdy nie przywodziło arystokracie ciepłych myśli i wspomnień, których zresztą nie posiadał. Ciepłe nie było dzieciństwo, ciepła nie była rodzina. Dla Allana obraz rodziny widziany w kolorowych barwach był absurdem, marą, nie mającą pokrycia z rzeczywistością.
Pewnym krokiem przekroczył próg gabinetu i stanął naprzeciw biura, za którym siedział ojciec. Wyprostowany niczym struna z rękoma spuszczonymi wzdłuż tułowia, wpatrywał się wyczekująco w przeplataną siwizną czuprynę mężczyzny pochylonego nad papierami, jednak gdy przez dłuższą chwilę nie odezwał się ani słowem, Allan postanowił przerwać ciszę.
- Chciałeś mnie widzieć, ojcze – odezwał się cicho, pierwszy raz tego dnia.
- Usiądź – rzucił tylko krótko, składając jednocześnie zamaszysty podpis na jednej kartce
i wymieniając ją na inną. Przestudiował jej treść, jednak prawdopodobnie orientując się, iż wymaga ona głębszego wczytania się, odsunął ją od siebie razem z piórem, wzdychając ciężko. Dawał swemu synowi wyraźnie do zrozumienia, że gdyby to zależało od niego, nie marnował by swego cennego czasu na kogoś, kto nie będzie w stanie nawet zapewnić ciągłości rodu, o przejęciu rodzinnych interesów nie wspominając. – Zawarłem bardzo korzystny układ dla naszego nazwiska.
- To znaczy? – ton, jakim ojciec wypowiedział te słowa nieznacznie zaniepokoił chłopaka. Jeszcze bardziej niepokojące wydało mu się jego spojrzenie. Pewne, chytre,
zadowolone z siebie. Zadowolenie mężczyzny na ogół równało się z niewygodą jego syna.
***
Spakowane kufry stały pod ścianą obok drzwi komnaty. Allan siedział na brzegu łoża, przodem do wielkiego okna, na którego parapecie spędził tyle dni, tyle bezsennych nocy, na którym powstało tyle utworów, skrywających jego całego. Ściany tego pokoju wchłonęły żal po stracie matki, którego nie chciał dusić w sobie, ani dzielić z nikim innym. W klawiszach fortepianu stojącego po środku pomieszczenia utrwalony był jego dotyk, w widoku za oknem jego spojrzenie. Wielkie łoże już na zawsze miało zapamiętać kształt jego ciała, postacie spoglądające na niego z obrazów zawieszonych na ścianach, miały być jedynymi, które zapamiętają jego, jako człowieka niegdyś mieszkającego w tym miejscu. Nikomu więcej nie wolno było o nim pamiętać, albowiem dla całej reszty formalnie żadna rzecz nie ulegała najmniejszej zmianie. Młody panicz, jak żył w tym pokoju, tak żyć dalej będzie. Być może w blond włosach sięgających łopatek, należących do tego chłopaka słońce będzie odbijać się tak samo, jak w jego własnych. Być może palce będą gładziły klawisze fortepianu, tak jak do tej pory zwykły robić to palce Allana. Z tym że to już nie będzie on. Jego rolę przejmie ktoś, kto sprawi się w niej o wiele lepiej. Nie zmieni się nic zupełnie, za wyjątkiem tego, że to nie Allan będzie synem Clude’a Vedis. Sam nie wiedział kim od tego momentu właściwie będzie. Wprawdzie nigdy nie wiedział tego zbyt dobrze, ale przynajmniej definiowała go w jakimś stopniu metryka. Finalnie nawet ona nie będzie już do niego należeć, albowiem Allanem Vedis będzie teraz ktoś inny.
- Gdyby w życiu wszystko było takie proste – mruknął pod nosem blondyn, pierwszy raz jawnie ironizując i okazując niezadowolenie. W oczy rzuciła mu się jeszcze jedna rzecz, której nikt nie spakował, a on ani myślał opuszczać bez niej posiadłości. Na nakrywie fortepianu spoczywała niewielka, biała figurka. Jedyny jawny reflektant jego twórczości. Allan wstał ociężale z łoża, czując że przyciąga ono niczym magnes. Miał wrażenie, że komnata wcale nie chce go wypuszczać ze swych objęć i każdą swoją częścią próbowała mu to przekazać. Wygładził niewidzialne zagniecenia na ciemnych spodniach garniturowych i sztywnym krokiem podszedł do białego instrumentu, należącego niegdyś do jego matki. Ostrożnie wziął figurkę do ręki, gładząc palcem porcelanową powierzchnię. Wrócił na swoje poprzednie miejsce i krzyżując nogi w kostkach wpatrywał się nieprzytomnie w miniaturowe postaci. Opuszkiem obrysował pierw skulonego w kuckach anioła o pięknych skrzydłach, złożonych pokornie na plecach, trzymającego dłonie na piersi. Z całą pewnością nie była to anielica, Allan nie miał co do tego żadnych wątpliwości, mimo iż figurka wcale nie była szczegółowa. Nie dało się dostrzec rysów twarzy ani nawet dokładnego kształtu sylwetki, ale czuł, że się nie myli. Nad drobniejszym stworzeniem górował dumnie wyprostowany anioł z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Wydawał się być silniejszy i potężniejszy niż jego towarzysz, i na pierwszy rzut oka zdawać by się mogło, że bynajmniej nie jest do niego przychylnie nastawiony. Allan wierzył jednak, że większy anioł w pewien sposób chroni klęczącą postać przed wszelkim złem. Początkowo, gdy jeszcze utożsamiał się ze skulonym aniołem, w większym widział uosobienie muzyki, która tyle lat sprawowała nad nim pieczę. Po czasie jednak przestał w to wierzyć. Tak naprawdę nikt nad nim nie czuwał, muzyka pomagała mu jedynie przetrwać. Nie mniej, osoba, która zostawiła figurkę na progu posiadłości dziesięć lat temu, w dniu śmierci jego matki, prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, jak wielką przysługę mu wyświadczy.
- Paniczu, już czas. Powóz czeka – głos został za drzwiami jego komnaty. Po awanturze, jaka wywiązała się w biurze pana Vedis nikt nie śmiał nawet mimochodem, nawet przelotem podnieść wzroku na jego syna, zatem służba już nawet nie upraszała się o zezwolenie na wejście do jego komnat.
- Już idę – odparł cicho, wiedząc że i tak doskonale go słychać, gdyż nie wchodzenie sprzyjało przyklejaniu uszu do drzwi. Był pewien że dokładnie to robili przechodzący w ciągu minionej godziny służący. – Godzina. Dał mi godzinę. To już nawet nie jest przykre – prychnął gorzko pod nosem. Zawinął figurkę w jedwabną chustkę do nosa i wsunął ostrożnie do kieszeni marynarki.
- Pośpiesz się, powóz nie będzie na ciebie czekał wiecznie! – zza drzwi rozległ się zniecierpliwiony głos pana majątku. Bezceremonialnie wtargnął do komnaty, a widząc dopiero podnoszącego się ze swojego miejsca chłopaka nieomal wpadł w furię. – Raczysz ze mnie kpić, szczeniaku? – warknął cicho, zapewne w nadziei, że służący czekający na korytarzu niczego nie usłyszy. Och, jakże płonne są twe nadzieje, ojcze, pomyślał z kpiną. Sarkazm pozostawał bezpieczny jedynie w jego myślach.
- Nie śmiałbym, ojcze – odszepnął, spuszczając pokornie wzrok.
- Nie nazywaj mnie tak nigdy więcej, już nie jestem twym ojcem – wyrzucił z pogardą. – W tej chwili masz iść do powozu. Nie chcesz, bym musiał się powtarzać – w ostatnich słowach kryła się groźba i Allan doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Nigdy nie byłeś mi ojcem – westchnął Allan, kiedy był pewien, że mężczyzna już go nie usłyszy. Poprawił krawat i po raz ostatni zawiesił wzrok na swoim odbiciu. Wyglądał zupełnie, jak nie on w ciemnym dopasowanym, idealnie skrojonym garniturze. Jego szczupłą, ale proporcjonalną sylwetkę podkreślała śnieżno biała koszula wpuszczona w ciemne spodnie, zaprasowane w kant, których nogawki zwężały się delikatnie ku dołowi, uwydatniając to, jak smukłe i długie były jego nogi. Blond włosy sięgające zwykle łopatek, teraz spięte były czarną aksamitną wstążką w swobodnie spływający na plecy ogon. Krótsze kosmyki okalały jego pociągłą twarz, o wyraźnych i ostrych rysach. Mierzył to odbicie zaciętym, zimnym spojrzeniem błękitnych oczu. Takie wynaturzenie. Jak miał tutaj pasować?
Westchnął ciężko i opuścił powieki by nie musieć już na siebie patrzeć. Gdyby to od niego zależało, gdyby zależało od niego cokolwiek, nie spojrzałby na siebie już nigdy więcej, ani nie narażałby na ten widok nikogo innego. Gdyby tylko mógł. Nie oglądając się za siebie, opuścił pomieszczenie, które tyle lat było mu schronieniem i zostawiając wyniesienie swoich bagaży służbie wyszedł na zewnątrz. Nie zamierzał się z nikim żegnać, zaszczycać spojrzeniem czy choćby jednym słowem, tak jak nie oczekiwał tego od nikogo w zamian. Zamykał za sobą wszystkie drzwi, które łączyły go ze starym życiem, usiłując przygotować się na nieznane, które go oczekiwało. Nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego iż wcale nie tak łatwo jest zostawić przeszłość za plecami, udając, że nigdy doń nie należała.
- Proszę do środka, paniczu – woźnica otworzył przed Allanem drzwi powozu,
do którego chłopak wspiął się po niewielkich stopniach. Nie dostał od ojca na odchodne żadnego płaszcza, zatem trząsł się z zimna. Pocieranie dłońmi ramion nic by nie dało, więc nawet nie próbował, udając, że temperatura nie robi mu najmniejszej różnicy. Zdążył jednak zauważyć współczujący wzrok mężczyzny przytrzymującego drzwi i znienawidził siebie jeszcze bardziej. Wzbudzanie w kimkolwiek jakichkolwiek emocji równało się z braniem za nie odpowiedzialności. Allan natomiast wolał aby jedyną osobą, za którą musi brać odpowiedzialność był on sam, tak, jak było to przez całe dotychczasowe życie. – Zaraz podam koce, paniczu…
- Nie trzeba – odpowiedział bez zastanowienia.
- Ależ, paniczu! Jest tak niska temperatura… Nawet konie dostały cieplejsze derki, przeziębi się pan!
- Nie trzeba – powtórzył z naciskiem, nie patrząc w oczy woźnicy. Nie obchodziło go zbytnio, czy faktycznie się przeziębi, czy dopadnie go zapalenie płuc a potem powolne, bolesne umieranie. Byłoby mu to nawet na rękę. Mężczyzna z cichym westchnięciem zamknął drzwi, jednak po chwili przez okienko z drugiej strony wpadł złożony w kostkę koc i spoczął na miejscu obok Allana, a zaraz za nim następny. Za taką niesubordynację służba w jego domu zostawała zwalniana. Do jak dziwnego miejsca się wybierał, jeżeli tam podwładni pozwalali sobie na taką swobodę postępowania, a jednocześnie nie wyglądali na wypłoszonych ani zastraszonych? W dodatku mógł przysiąc, że woźnica był ubrany lepiej niż nie jeden sekretarz czy zastępca jego ojca.
Pokręcił głową i ostatni raz rzucił okiem przez okno na swoje poprzednie życie.
Nikt za nim nie wyszedł, jednak nim powóz w końcu ruszył, zdało mu się iż jedna z ciężkich firan wiszących w oknach poruszyła się.

2 komentarze:

  1. Czekałam, czekałam iii się doczekałam 💜 Cieszę się, że mogę czytać tę pracę, naprawdę. Szczerze powiedziawszy Allan już od pierwszego wpisu przytulał się do mojego serduszka, ale po tym rozdziale...zdecydowanie go do niego przywiążę 😖 Co godzinę będzie dostawał tyle miłości, że wątroba nie nadąży z gromadzeniem glikogenu xD Serioo, utyje mi biedaczyna, ale im więcej ciałka tym lepiej 😏💕
    Tak jak wspominałam w komenatrzu z pod pierwszego posta -strasznie podoba mi się twój styl pisania. Ten zasób słownictwa i zabawa nim zdecydowanie wpływają na korzyść tekstu.
    Może w niektórych wypadkach brak dialogu sprawia, że wszystko ciągnie się jak flaki z olejem,ale nie tutaj. O nie. Absolutnie! Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do końca xd Mianowicie, mam na myśli...Nawet jeśli rozdziały składały się w większości z tekstu ciągłego -nic konkretnie by to nie zmieniło, bo piszesz w sposób tak przyjemny, że chcąc nie chcąc, każda litera przyciąga niczym mangnes 💜
    Weny moja droga! Czekam na rozwój fabuły 💕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie Cię kocham za te komentarze <3 Cieszę się, cieszę się i raz jeszcze się cieszę, czytając je bo dają mi ogromnego kopa do pisania :D ;*
      Ja się nie martwię, że on utyje, dokarmiaj go, kochana hahaha :D Więcej ciałka do kochania :>
      Trzymaj się cieplutko i wszystkiego dobrego **^** Allan w następnym rozdziale przybędzie specjalnie dla Ciebie :333

      Usuń

Obserwatorzy