Po ponad miesięcznej przerwie wracam! Przepraszam, że zajęło mi to tak dużo czasu. Po ostatnim egzaminie w sesji, kiedy mogłam odetchnąć, popadłam w odrętwienie jakiego się po sobie w ogóle nie spodziewałam. Przy okazji, każdy czasem wpada w martwy punkt i nie wie, jak z niego wyjść. Mnie spotkało mniej więcej coś takiego. Najgorsze uczucie dla mnie, to takie, kiedy znam całą moją historię, wiem co w niej gra pierwsze skrzypce, wiem jak zamierzam ją zakończyć, jakie wątki poprowadzić, jakimi zwrotami akcji Was zaskoczyć - albo i nie? Możliwe, że wielu umiejętności jeszcze nie posiadam. Ale poza tymi głównymi punktami, często miewam problemy z pisaniem przejściówek, łączników fabularnych i tak dalej. Dużym źródłem motywacji i weny jest dla mnie najnowszy sezon francuskiej wersji SKAMu. Oglądacie? Ja mam tendencję do oglądania tylko sezonów poświęconych gay storyline. Tak było z oryginalną wersją norweską (chociaż czwarty też obejrzałam, bo Sana. Kto nie kocha Sany?!), z wersją włoską no i teraz - voila! Historia się powtarza! Ale moje odczucia co do tego, zostawię dla siebie. Was zapraszam na rozdział numer cztery! Prawdopodobnie jestem z niego dość zadowolona.
Enjoy!
Lucy
***
Jasper
i William siedzieli na kanapie pod oknem i prowadzili ożywioną dyskusję.
-
Co ty chcesz mi przez to powiedzieć? Co ma znaczyć, że jeszcze z nim nie
skończyłeś? – Will pociągnął zdrowo z kryształowej szklanki. – Allan jest u
ciebie? Jest. Masz to, czego chciałeś. Miałem podsunąć tego nieszczęśnika,
który zajmie jego miejsce i pozbyć się innych potencjalnych nabywców twojego
chłoptasia i to zrobiłem. Czego jeszcze chcesz? – wzruszył ramionami. Za
wszelką cenę próbował nie patrzeć na przyjaciela, żeby nie parsknąć śmiechem,
który go dławił. Uwielbiał droczyć się z Jasperem, głównie dlatego, że ten brał
wszystko bardzo serio. Cóż, może to dlatego, że on potrafił brzmieć bardzo
poważnie jeśli chciał, nawet jeżeli żartował.
-
Kostov, obiecuję ci, jak tu siedzę, że odetnę ci dostęp do mojego barku – on w
przeciwieństwie do Willa nie był w nastroju do przekomarzań.
-
Brutalny – mruknął.
-
Brutalnie dopiero postąpimy. Brutalnie obejdziemy się z Claudem – sprostował
Jasper. W ustach smakował słowo obietnicy zemsty i był bardzo zadowolony z tego
uczucia, jakie płynęło z myśli, w których już powoli zaczynał formować się
kolejny plan. W wyobraźni widział swoje życie z Allanem bez widma jego ojca za
plecami.
-
Przerażasz mnie, przyjacielu.
-
Co twoim zdaniem najbardziej dotknie Clauda Vedis? – arystokrata zignorował
słowa swojego ulubionego człowieka od brudnych zadań. W jego głowie gościła już
tylko obietnica stania się zadość sprawiedliwości.
-
Cóż, na pewno nie rany cięte, rany kłute, zmiażdżenia, drobne skaleczenia,
złamania… - wymieniał Will i nie wyglądał jakby szybko zamierzał skończyć.
-
Tak, tak, tak. Williamie, nie czuję potrzeby dowiadywania się na ile sposobów
jesteś w stanie zadać człowiekowi ból – przerwał mu Jasper, na co Will jedynie
się zaśmiał.
-
Ten facet jest tak gruboskórny, że prawdopodobnie czekany nawet by go nie
zadrasnęły – mruknął Kostov. Wychylił resztę alkoholu z pękatej szklanki, po
czym z trzaskiem odstawił ją na blat stolika.
-
Prawdopodobnie – zgodził się Devril. – Dlatego właśnie podejdziemy go z innej
strony. Uderzymy go tam, gdzie zaboli najbardziej.
-
Mówisz o pieniądzach – domyślił się Will. Ta strategia zaczęła mu się podobać,
ponieważ istniała szansa, że tym razem jego przyjaciel nie wystawi się
bezpośrednio na zbędne niebezpieczeństwo.
-
I o jego reputacji. Pieniądze zawsze będzie w stanie odrobić, nawet jeżeli
straci dosłownie wszystko. Ale zła reputacja będzie się za nim ciągnęła w
nieskończoność i raczej uniemożliwi mu dalsze robienie interesów. Szczególnie
tych nielegalnych.
-
W porządku, jesteś wyrafinowanie straszny, a nie po prostu straszny –
skapitulował Kostov. Jasper parsknął urwanym śmiechem.
-
Dzięki, Will. Czuję się naprawdę doceniony. – Ich wymianę zdań przerwało nagłe
najście.
Głowa
Jaspera podskoczyła gwałtownie, gdy usłyszał huk otwieranych drzwi. Dosłownie –
huk, ponieważ panna Collins – jak się po chwili okazało, widocznie nie miała
zamiaru zachować manier, obowiązujących na ogół służbę. Czasem przeklinał
siebie za swój familiarny stosunek do swoich pracowników.
-
Dzień dobry, pani Collins – zaczął uprzejmie, kiedy drzwi przestały odbijać się
od ściany po tym, jak zostały brutalnie potraktowane przez kobietę. Zza jej
pleców wyjrzała siwiejąca głowa Elliaha, na którego twarzy malowała się niema
prośba o pomoc.
-
Widzisz, Elliahu? Pan Devril znacznie lepiej niż ty wie, jak zwracać się do
kobiety – ofukała go, po czym swój gniewny wzrok skierowała na arystokratę,
jednak po drodze objęła nim także siedzącego obok Williama i przez ułamek
sekundy jej wyraz twarzy został złamany niepokojem. – Dzień dobry, paniczu
Kostov.
-
Kochana pani Collins! A ja za każdym razem proszę, żeby mówiła mi pani po
imieniu – roześmiał się serdecznie zupełnie ignorując dystans, z jakim odniosła
się do niego Una.
-
Co was sprowadza do mojego gabinetu? – zapytał Jasper, ponieważ naprawdę
ciekawiło go to zbiorowisko. Z zainteresowaniem wędrował spojrzeniem między
lokajem a gosposią i z lekkim uśmiechem obserwował ich przepychankę.
-
Doszły mnie bardzo niepokojące wieści, proszę pana – zaczęła Una, podpierając
się pod boki. – Podobno powierzył pan oprowadzenie naszego panicza Elliahowi? I
nawet nie raczył pan odwiedzić panicza, wiedząc, że się wybudził! – jej
oburzenie nie znało granic, a Jasper sam przed sobą musiał przyznać, że był w
ciężkim szoku widząc, jak bardzo ten dzieciak wkupił się w łaski jego Uny.
Uśmiechnął się pod nosem, co nie uszło uwadze ani pannie Collins, ani Elliahowi.
-
Wiedziałem, że będzie w najlepszych rękach, kiedy oboje się nim zajmiecie –
spróbował ją udobruchać. – Poza tym miałem umówione spotkanie, nie cierpiące
zwłoki. Nie chciałem by Allan musiał czekać do tego czasu, nie mogąc swobodnie
przemieszczać się po domu
-
Ależ, proszę pana, pan przecież nie ma najmniejszego obowiązku się nam
tłumaczyć – zaczął lokaj, próbując wyprowadzić pannę Collins z gabinetu, jednak
ta zdawała się wrosnąć w podłogę. W odpowiedzi strąciła dłoń mężczyzny ze
swojego ramienia.
-
Obowiązek, nie obowiązek, ale paniczem należy się zająć – powiedziała twardo. –
Nic nie stoi na przeszkodzie, by po kolacji, na której pan oczywiście się
stawi, pokazać paniczowi dom – nie ustępowała. Jasper znów westchnął. Przecież
nie mógł jej powiedzieć, że tak naprawdę bał się tego spotkania. Był więcej niż
pewny, że Allan go nie pamięta, a nawet jeżeli w jego głowie pozostał obraz
przyjaciela z dzieciństwa, to nie skojarzy go z nim. Nie mógł także okazać, jak
szczęśliwy był przez to, że w końcu mógł dotrzymać danej mu przed laty
obietnicy, bo z całą pewnością wystraszyłby tym chłopaka, a na pewno wprawił w
jeszcze większe zakłopotanie.
-
No wiesz co? – poparł ją William i ze śmiesznym oburzeniem skarcił wzrokiem
Jaspera. Ciężko było stwierdzić, czy było ono prawdziwe, czy udawane. – Twój
panicz czeka gdzieś tam na ciebie, a Ty ucinasz sobie ze mną pogawędki? –
mężczyzna odstawił szklankę i podniósł się z fotela, by za chwilę stanąć obok
Elliaha. Mina lokaja świadczyła o tym, że czuł się jakby się znalazł między
młotem a kowadłem.
-
Jesteście wszyscy niemożliwi – poddał się Jasper, wyrzucając ręce w górę. – A z
tobą porozmawiam sobie później – wskazał na Williama. Tak czy inaczej siedzieli
już dość długo, ale nadal pozostało do omówieni wiele kwestii w sprawie ojca
Allana.
-
Potraktuję to jako uprzejmy sygnał, że powinienem opuścić rezydencję jaśnie
pana – Kostov ukłonił się w karykaturalnym geście. – Zajrzę jeszcze do Olena,
może da mi coś dobrego – zastanowił się na głos, jakby zupełnie nie oczekiwał
żadnej reakcji ze strony swojego przyjaciela.
-
Możesz po prostu już sobie iść – zasugerował delikatnie Jasper, wstając z
fotela i otrzepując spodnie z niewidzialnego pyłu. To nie tak, że żałował
przyjacielowi czegokolwiek, w tym jedzenia, ale jeżeli William zamierzał ucinać
sobie pogawędki z Olenem, to dla niego oznaczało ryzyko wysadzenia rezydencji w
powietrze. Ci dwaj osobno mieli dziwne pomysły, ale ich wspólne projekty lubiły
kończyć się wybuchowo, gorąco lub, co gorsza, ze stratami w ludziach. Takich z
marmuru, które jeszcze jakiś czas temu zdobiły jego hol. – Dobrze, bądź, co
bądź, macie rację. Wypada powiedzieć chociaż „dzień dobry”.
Udał,
że nie widzi satysfakcji na twarzach Williama i Uny, a także wyraźnej ulgi w
postawie Elliaha. Nie chciał myśleć, że przejął całe ich zdenerwowanie i
napięcie.
***
Polecił
Elliahowi odeskortowanie Williama do wyjścia z ominięciem kuchni, jak
najszerszym łukiem. Una zaś postanowiła przypilnować jego samego i upewnić się,
że dotrze pod odpowiednie drzwi, bez niepotrzebnego zbaczania z kursu, po czym
zabierając ze sobą Annabelle, zostawiła dwójkę mężczyzn samych. Odgłos
zamykających się za jego plecami drzwi im obu wydał się znaczniej głośniejszy,
niż w rzeczywistości był. Na tyle głośny, że udało mu się przekrzyczeć ciszę,
jaka między nimi zawisła.
Allan
bynajmniej nie wyglądał, jakby zamierzał mu pomóc. To znaczy, nie wiedział, jak
dokładnie wówczas wyglądał, ponieważ przez pierwsze minuty nie miał odwagi
podnieść wzroku, a jego skórzane obuwie nagle wydało mu się nad wyraz
interesujące. Chłopak na pewno nie spał i mógł się tego domyślać po szeleście
pościeli, kiedy ten wiercił się na łożu, lub pojedynczych kaszlnięciach i
pociągnięciach nosem. Jasper odchrząknął z zażenowaniem i po dłuższym wahaniu w
końcu spojrzał na swojego gościa. Gdy jego oczy napotkały te wytęsknione,
kryształowo niebieskie, wziął gwałtowny wdech. Czuł, jak setki różnych uczuć
paraliżują jego ciało, odbierając zdolność porozumiewania się ze światem i
jedyne co mógł zrobić, to stać w tym samym miejscu, wpatrywać się w drobną
figurkę Allana otoczoną pościelą i napawać się tym, że jego marzenie nareszcie
jest obok niego. Bezpieczne u jego boku. O tym, że się myli miał się dopiero
przekonać.
Allan
obserwował uważnie mężczyznę stojącego w progu pokoju. Jego pojawienie się
wzbudziło w nim skrajnie mieszane uczucia. Z jednej strony najchętniej ukryłby
się pod kołdrą i nie wychodził spod niej póki nie zyskałby pewności, że znów
jest sam. Z drugiej jednak, coś w jego twarzy wydawało mu się znajome i mówiło
mu, że nie powinien się go bać. Było to coś, co dawało mu pewność, że z jego
strony nie czeka go krzywda. Zaskoczył go natomiast wzrok pana majątku. To, jak
na widok Vedisa jego twarz zdjęły emocje, których Allan nie potrafił nazwać,
chociaż wydawało mu się, że tak ludzie patrzą na coś, co po bardzo długim
czasie w końcu udało im się odzyskać. Nie rozumiał tego. Nie miał także czasu
by zrozumieć, bo jego skupienie uleciało w mgnieniu oka, gdy jego płuca zdusił
nieznośny kaszel. Zasłaniając usta dłonią kątem oka dostrzegł, jak sylwetka
Jaspera przybliża się do łóżka, a niepokój złamał wyraz jego twarzy.
-
Czy był już u ciebie medyk? – spytał Jasper ze zmartwieniem. Intuicyjnie zajął
miejsce, w którym chwilę wcześniej siedziała Anna. Allan pokręcił jedynie
głową, naciągając wyżej kołdrę, kiedy udało mu się zapanować nad kaszlem. Nie
odezwał się nawet słowem, dalej uważnie studiując twarz swojego… No właśnie,
kogo? Opiekuna? Właściciela? Jasper westchnął ciężko. – Poproszę Elliaha, żeby
go tu przysłał. Powinien cię zbadać, obawiam się, że skrajne wyziębienie nie
jest jedynym, co ci dolega. Mam nadzieję, że nie nabawiłeś się zapalenia płuc –
znów odpowiedziała mu cisza. Przez chwilę milczeli obaj.
- Przykro mi, że… - Devril zawahał się, po
czym odchrząknął, by dokończyć. Jego głos nie brzmiał pewnie. Prawdopodobnie
obaj byli tak samo skrępowani i nie wiedzieli, jak zachować się względem
siebie. – Poznajemy się w takich okolicznościach.
-
To nie pana wina, mogłem nie być tak uparty – przyznał cicho, kiedy jego dumę
przysłoniła niepewność. Nie pochorował się przez przypadek, tylko przez własną
głupotę i nie był przekonany, czy Devril przymknie na to oko, a dostać
reprymendę czy też karę już pierwszego dnia w ogóle nie pasowało do chłopaka,
który całe życie żył, jak cień człowieka, którego tak naprawdę nie ma. Nie
zwracał na siebie uwagi, tymczasem teraz cała uwaga skupiała się na nim. –
Dostałem koce, mogłem z nich skorzystać.
-
Mogłeś – przyznał Jasper z rozbawieniem. Ten dzieciak tak naprawdę nic się nie
zmienił, jeżeli chodzi o pójście w zaparte. – Myślę, że wystarczającą karą dla
ciebie jest to przeziębienie.
-
Ja… - nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc tylko naciągnął kołdrę jeszcze
wyżej. Jasper go onieśmielał i sprawiał, że chciał mu się odciąć jednocześnie,
co w ogóle nie było do niego podobne.
-
W porządku, już cię nie męczę – westchnął Devril, pocierając dłońmi kolana.
Przez chwilę jeszcze patrzył na Allana, a potem wstał i skierował się do
wyjścia. – Chciałbym cię oprowadzić po domu, kiedy wyjdzie od ciebie lekarz,
przed kolacją powinniśmy zdążyć z najważniejszymi miejscami. Pasuje ci to?
-
Myślałem, że Annabelle mnie oprowadzi – zdziwił się Vedis, odsuwając przykrycie
z ust.
Ta dziewczyna prędzej cię gdzieś zgubi prychnął w myślach Jasper, ale nie wypowiedział
ich na głos.
-
Jeżeli wolisz żeby, to ona się tym zajęła… - zaczął mężczyzna, ale naprawdę miał
nadzieję, żeby nie będzie.
-
Nie, jest w porządku – zaprzeczył szybko Allan i ujrzał, jak twarz Jaspera
rozjaśnia coś, na kształt uśmiechu.
-
Jeszcze zdążysz się przekonać, jak roztrzepana bywa Anna. Pod tym względem są z
Olenem bardzo podobni – pokręcił głową, w duchu ciesząc się z tej krótkiej
wymiany zdań i na kolejną możliwość spędzenia czasu z Allanem. Czuł, jakby wraz
z jego pojawieniem się obudziła się w nim zdolność do odczuwania szczęścia.
Zdolność, która długo pozostawała w uśpieniu.
***
-
Jeszcze zdążysz się przekonać, jak roztrzepana bywa Anna! – pokojówka krążyła
rozsierdzona po kuchni, przedrzeźniając w tym samym czasie swojego pracodawcę.
– I jeszcze insynuuje jakieś niestworzone rzeczy!
Olen
mieszał miarowo w kotle, pilnując by w zupie nie znalazły się żadne grudki.
-
Przecież miał rację – wzruszył ramionami, a chwilę potem chował się za garem.
Gorąco od ognia, na którym pracował uderzyło w jego policzki, ale byłoby to
niczym w porównania do oberwania drewnianym chodakiem, który poleciał w jego
stronę. – Jesteś straszna! Poza tym, naprawdę, jak nisko upadłaś by
podsłuchiwać?
Wychylił
się tylko po to, by zobaczyć, jak w jego stronę leci drugi but.
-
Zwariowałaś?! – jęknął z oburzeniem. – Jak je porozbijasz, to Una mnie zabije
bo są jej. A jak porozbijasz nimi kafelki na ścianie, to Devril zabije nas
wszystkich. Albo będzie kazał nam posklejać te kafelki kawałek po kawałku,
tylko po to, żeby później zatrudnić fachowca, który zrobi nową ścianę.
-
I to ja jestem straszna? – fuknęła dziewczyna. Ponieważ nie miała już nic pod
ręką, pozostawało jej ciskać piorunami z oczu.
-
Oczywiście, że tak! – w głosie Olena pobrzmiała nuta desperacji. Przysiągł sobie,
że zaraz ją stąd wyrzuci, bo inaczej nigdy nie skończy tej kolacji. Za jego
plecami uwijał się jeszcze sztab ludzi, ale tylko wykonywali jego polecenia.
Bez kolejnych poleceń praca by stanęła. Poza tym jego pomocnicy taktownie
udawali, że nie słyszą ich wymiany zdań. – Bo po nim to przynajmniej wiadomo
czego się spodziewać, a ty jesteś niezrównoważona.
Dobrze,
że zdążył znów paść za kotłem, dzięki temu nic nie przerwało lotu stalowej
chochli, która na ziemię upadła dopiero, gdy wytraciła na prędkości.
- Dobra,
dosyć tego dobrego – zirytował się młody kucharz.
-
Sam się o to prosiłeś – prychnęła Annabelle, marszcząc nos.
-
Tak, tak, jak zwykle. A teraz pozwól, że cię wyproszę, bo w przeciwnym razie
podczas kolacji państwo będą mogli sobie co najwyżej popatrzeć na piękną
zastawę – za plecami Olena rozległ się kaszel, bardziej przypominający próbę
zduszenia śmiechu. Annabelle zgromiła spojrzeniem zatrudnioną niedawno pomoc
kuchenną.
-
Popracuj nad dowcipem, bo ostatnio coś się przytępił – burknęła i odwróciła się
na pięcie by opuścić kuchnię. Czekał ją jeszcze ostatni obchód po posiadłości
razem z panną Collins. Nie widziała, jak na ustach jej ciemiężyciela wykwita
piękny uśmiech.
***
-
Jeszcze dziś listę medykamentów zawiozę do miasta, aptekarz zajmie się ich
przyrządzeniem i najdalej jutro po południu powinny być do odebrania.
Wystarczy, że panicz pośle po nie służbę – referował lekarz rzeczowym tonem.
Allan z zaskoczeniem odnotował sugestię, jakby miał w tym miejscu cokolwiek do
powiedzenia. Musiał dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodziło i żywił
nadzieję, że Jasper mu to wyjaśni. Najlepiej jeszcze gdyby sam poruszył temat,
by Allan nie musiał się odzywać.
-
Przepraszam, czy panicz mnie słucha?
-
Co… A tak, przepraszam – odezwał się cicho ze skruchą. – Zamyśliłem się.
- Naturalnie,
z pewnością jest pan jeszcze osłabiony. Powiedziałem, że notatkę z zaleceniami
co i jak brać zostawiam do pana dyspozycji.
-
Dziękuję – wydusił z siebie, poprawiając się na poduszkach.
-
Tym też z pewnością zajmie się służba, więc proszę się niczym nie przejmować.
Za tydzień, może dwa będzie pan zdrów, jak ryba – uśmiechnął się medyk. Ten
chłopak niesamowicie przypominał mu jego własnego syna, gdy ten unieruchomiony
leżał w swojej sypialce na poddaszu złożony chorobą. A może wcale nie. Może to
po prostu jego ojcowski instynkt, nie mniej młody panicz budził w nim ciepłe
uczucia, nawet jeżeli zdawał się go w ogóle nie słuchać. Dla pewności powtórzył
wszystko Devrilowi, gdy mijał się z nim w drzwiach.
Zastanawiał
się, kiedy przestanie czuć się tak skołowany. Wszystko wskazywało na to, że
ludzie tutaj troszczyli się o niego tak, jak nie troszczono się o niego od
dawna, nawet w jego własnym domu. W głowie rozbrzmiały mu słowa Elliaha.
– Jest pan w domu. Teraz jest pan w
domu, paniczu.
Czy
istniała realna szansa, by tak było? Został kupiony. Człowiek, który dawał mu
dach nad głową, dał zapewne także pokaźną sumę by tak mogło być. Chowając
gorycz upokorzenia związaną z tym faktem gdzieś na dnie serca, zastanawiał się,
co było w nim takiego, że ktokolwiek zechciał uszczuplić swój majątek ze względu
na niego? Był wynaturzeniem – bladym, o włosach tak jasnych, że niemal bladych,
eterycznych rysach i zimnym, kryształowym spojrzeniu; pośród jednakowo
czarnowłosych i ciemnookich mieszkańców Rivenhall. W dodatku wynaturzeniem, które
nie potrafiło kochać.
- Allan?
– najpierw był ciepły oddech, który owiał jego ucho, a dopiero potem głos, który
wyrwał go z odrętwienia. – Pytałem, czy masz teraz siłę przejść się kawałek, zanim
zejdziemy na kolację? Chciałbym pokazać ci kilka miejsc, żebyś bez problemu mógł
się poruszać po domu bez niczyjej pomocy.
Wzrok
Jaspera był spokojny, tak samo, jak wyraz twarzy, chociaż pozbawiony uśmiechu. Allan
miał przeczucie, że ten dziwny, tajemniczy mężczyzna bardzo rzadko pozwala sobie
na uśmiech.
- Tak, oczywiście – odpowiedział
szybko, odrzucając od siebie kołdrę. Przy łóżku czekały na niego pantofle. Wsunął
w nie stopy by po chwili opuścić komnatę. Miał nadzieję poznać odpowiedzi przynajmniej
na te najbardziej nurtujące go pytania. Czy było to możliwe, bez ich zadania? Czy
ten człowiek byłby w stanie czytać mu w myślach?