piątek, 15 lutego 2019

Allan: Rozdział 4

Po ponad miesięcznej przerwie wracam! Przepraszam, że zajęło mi to tak dużo czasu. Po ostatnim egzaminie w sesji, kiedy mogłam odetchnąć, popadłam w odrętwienie jakiego się po sobie w ogóle nie spodziewałam. Przy okazji, każdy czasem wpada w martwy punkt i nie wie, jak z niego wyjść. Mnie spotkało mniej więcej coś takiego. Najgorsze uczucie dla mnie, to takie, kiedy znam całą moją historię, wiem co w niej gra pierwsze skrzypce, wiem jak zamierzam ją zakończyć, jakie wątki poprowadzić, jakimi zwrotami akcji Was zaskoczyć - albo i nie? Możliwe, że wielu umiejętności jeszcze nie posiadam. Ale poza tymi głównymi punktami, często miewam problemy z pisaniem przejściówek, łączników fabularnych i tak dalej. Dużym źródłem motywacji i weny jest dla mnie najnowszy sezon francuskiej wersji SKAMu. Oglądacie? Ja mam tendencję do oglądania tylko sezonów poświęconych gay storyline. Tak było z oryginalną wersją norweską (chociaż czwarty też obejrzałam, bo Sana. Kto nie kocha Sany?!), z wersją włoską no i teraz - voila! Historia się powtarza! Ale moje odczucia co do tego, zostawię dla siebie. Was zapraszam na rozdział numer cztery! Prawdopodobnie jestem z niego dość zadowolona.
Enjoy!
Lucy
 
***

Jasper i William siedzieli na kanapie pod oknem i prowadzili ożywioną dyskusję.
- Co ty chcesz mi przez to powiedzieć? Co ma znaczyć, że jeszcze z nim nie skończyłeś? – Will pociągnął zdrowo z kryształowej szklanki. – Allan jest u ciebie? Jest. Masz to, czego chciałeś. Miałem podsunąć tego nieszczęśnika, który zajmie jego miejsce i pozbyć się innych potencjalnych nabywców twojego chłoptasia i to zrobiłem. Czego jeszcze chcesz? – wzruszył ramionami. Za wszelką cenę próbował nie patrzeć na przyjaciela, żeby nie parsknąć śmiechem, który go dławił. Uwielbiał droczyć się z Jasperem, głównie dlatego, że ten brał wszystko bardzo serio. Cóż, może to dlatego, że on potrafił brzmieć bardzo poważnie jeśli chciał, nawet jeżeli żartował.
- Kostov, obiecuję ci, jak tu siedzę, że odetnę ci dostęp do mojego barku – on w przeciwieństwie do Willa nie był w nastroju do przekomarzań.
- Brutalny – mruknął.
- Brutalnie dopiero postąpimy. Brutalnie obejdziemy się z Claudem – sprostował Jasper. W ustach smakował słowo obietnicy zemsty i był bardzo zadowolony z tego uczucia, jakie płynęło z myśli, w których już powoli zaczynał formować się kolejny plan. W wyobraźni widział swoje życie z Allanem bez widma jego ojca za plecami.
- Przerażasz mnie, przyjacielu.
- Co twoim zdaniem najbardziej dotknie Clauda Vedis? – arystokrata zignorował słowa swojego ulubionego człowieka od brudnych zadań. W jego głowie gościła już tylko obietnica stania się zadość sprawiedliwości.
- Cóż, na pewno nie rany cięte, rany kłute, zmiażdżenia, drobne skaleczenia, złamania… - wymieniał Will i nie wyglądał jakby szybko zamierzał skończyć.
- Tak, tak, tak. Williamie, nie czuję potrzeby dowiadywania się na ile sposobów jesteś w stanie zadać człowiekowi ból – przerwał mu Jasper, na co Will jedynie się zaśmiał.
- Ten facet jest tak gruboskórny, że prawdopodobnie czekany nawet by go nie zadrasnęły – mruknął Kostov. Wychylił resztę alkoholu z pękatej szklanki, po czym z trzaskiem odstawił ją na blat stolika.
- Prawdopodobnie – zgodził się Devril. – Dlatego właśnie podejdziemy go z innej strony. Uderzymy go tam, gdzie zaboli najbardziej.
- Mówisz o pieniądzach – domyślił się Will. Ta strategia zaczęła mu się podobać, ponieważ istniała szansa, że tym razem jego przyjaciel nie wystawi się bezpośrednio na zbędne niebezpieczeństwo.
- I o jego reputacji. Pieniądze zawsze będzie w stanie odrobić, nawet jeżeli straci dosłownie wszystko. Ale zła reputacja będzie się za nim ciągnęła w nieskończoność i raczej uniemożliwi mu dalsze robienie interesów. Szczególnie tych nielegalnych.
- W porządku, jesteś wyrafinowanie straszny, a nie po prostu straszny – skapitulował Kostov. Jasper parsknął urwanym śmiechem.
- Dzięki, Will. Czuję się naprawdę doceniony. – Ich wymianę zdań przerwało nagłe najście.
Głowa Jaspera podskoczyła gwałtownie, gdy usłyszał huk otwieranych drzwi. Dosłownie – huk, ponieważ panna Collins – jak się po chwili okazało, widocznie nie miała zamiaru zachować manier, obowiązujących na ogół służbę. Czasem przeklinał siebie za swój familiarny stosunek do swoich pracowników.
- Dzień dobry, pani Collins – zaczął uprzejmie, kiedy drzwi przestały odbijać się od ściany po tym, jak zostały brutalnie potraktowane przez kobietę. Zza jej pleców wyjrzała siwiejąca głowa Elliaha, na którego twarzy malowała się niema prośba o pomoc.
- Widzisz, Elliahu? Pan Devril znacznie lepiej niż ty wie, jak zwracać się do kobiety – ofukała go, po czym swój gniewny wzrok skierowała na arystokratę, jednak po drodze objęła nim także siedzącego obok Williama i przez ułamek sekundy jej wyraz twarzy został złamany niepokojem. – Dzień dobry, paniczu Kostov.
- Kochana pani Collins! A ja za każdym razem proszę, żeby mówiła mi pani po imieniu – roześmiał się serdecznie zupełnie ignorując dystans, z jakim odniosła się do niego Una.
- Co was sprowadza do mojego gabinetu? – zapytał Jasper, ponieważ naprawdę ciekawiło go to zbiorowisko. Z zainteresowaniem wędrował spojrzeniem między lokajem a gosposią i z lekkim uśmiechem obserwował ich przepychankę.
- Doszły mnie bardzo niepokojące wieści, proszę pana – zaczęła Una, podpierając się pod boki. – Podobno powierzył pan oprowadzenie naszego panicza Elliahowi? I nawet nie raczył pan odwiedzić panicza, wiedząc, że się wybudził! – jej oburzenie nie znało granic, a Jasper sam przed sobą musiał przyznać, że był w ciężkim szoku widząc, jak bardzo ten dzieciak wkupił się w łaski jego Uny. Uśmiechnął się pod nosem, co nie uszło uwadze ani pannie Collins, ani Elliahowi.
- Wiedziałem, że będzie w najlepszych rękach, kiedy oboje się nim zajmiecie – spróbował ją udobruchać. – Poza tym miałem umówione spotkanie, nie cierpiące zwłoki. Nie chciałem by Allan musiał czekać do tego czasu, nie mogąc swobodnie przemieszczać się po domu
- Ależ, proszę pana, pan przecież nie ma najmniejszego obowiązku się nam tłumaczyć – zaczął lokaj, próbując wyprowadzić pannę Collins z gabinetu, jednak ta zdawała się wrosnąć w podłogę. W odpowiedzi strąciła dłoń mężczyzny ze swojego ramienia.
- Obowiązek, nie obowiązek, ale paniczem należy się zająć – powiedziała twardo. – Nic nie stoi na przeszkodzie, by po kolacji, na której pan oczywiście się stawi, pokazać paniczowi dom – nie ustępowała. Jasper znów westchnął. Przecież nie mógł jej powiedzieć, że tak naprawdę bał się tego spotkania. Był więcej niż pewny, że Allan go nie pamięta, a nawet jeżeli w jego głowie pozostał obraz przyjaciela z dzieciństwa, to nie skojarzy go z nim. Nie mógł także okazać, jak szczęśliwy był przez to, że w końcu mógł dotrzymać danej mu przed laty obietnicy, bo z całą pewnością wystraszyłby tym chłopaka, a na pewno wprawił w jeszcze większe zakłopotanie.
- No wiesz co? – poparł ją William i ze śmiesznym oburzeniem skarcił wzrokiem Jaspera. Ciężko było stwierdzić, czy było ono prawdziwe, czy udawane. – Twój panicz czeka gdzieś tam na ciebie, a Ty ucinasz sobie ze mną pogawędki? – mężczyzna odstawił szklankę i podniósł się z fotela, by za chwilę stanąć obok Elliaha. Mina lokaja świadczyła o tym, że czuł się jakby się znalazł między młotem a kowadłem.
- Jesteście wszyscy niemożliwi – poddał się Jasper, wyrzucając ręce w górę. – A z tobą porozmawiam sobie później – wskazał na Williama. Tak czy inaczej siedzieli już dość długo, ale nadal pozostało do omówieni wiele kwestii w sprawie ojca Allana.
- Potraktuję to jako uprzejmy sygnał, że powinienem opuścić rezydencję jaśnie pana – Kostov ukłonił się w karykaturalnym geście. – Zajrzę jeszcze do Olena, może da mi coś dobrego – zastanowił się na głos, jakby zupełnie nie oczekiwał żadnej reakcji ze strony swojego przyjaciela.
- Możesz po prostu już sobie iść – zasugerował delikatnie Jasper, wstając z fotela i otrzepując spodnie z niewidzialnego pyłu. To nie tak, że żałował przyjacielowi czegokolwiek, w tym jedzenia, ale jeżeli William zamierzał ucinać sobie pogawędki z Olenem, to dla niego oznaczało ryzyko wysadzenia rezydencji w powietrze. Ci dwaj osobno mieli dziwne pomysły, ale ich wspólne projekty lubiły kończyć się wybuchowo, gorąco lub, co gorsza, ze stratami w ludziach. Takich z marmuru, które jeszcze jakiś czas temu zdobiły jego hol. – Dobrze, bądź, co bądź, macie rację. Wypada powiedzieć chociaż „dzień dobry”.
Udał, że nie widzi satysfakcji na twarzach Williama i Uny, a także wyraźnej ulgi w postawie Elliaha. Nie chciał myśleć, że przejął całe ich zdenerwowanie i napięcie.
***
Polecił Elliahowi odeskortowanie Williama do wyjścia z ominięciem kuchni, jak najszerszym łukiem. Una zaś postanowiła przypilnować jego samego i upewnić się, że dotrze pod odpowiednie drzwi, bez niepotrzebnego zbaczania z kursu, po czym zabierając ze sobą Annabelle, zostawiła dwójkę mężczyzn samych. Odgłos zamykających się za jego plecami drzwi im obu wydał się znaczniej głośniejszy, niż w rzeczywistości był. Na tyle głośny, że udało mu się przekrzyczeć ciszę, jaka między nimi zawisła.
Allan bynajmniej nie wyglądał, jakby zamierzał mu pomóc. To znaczy, nie wiedział, jak dokładnie wówczas wyglądał, ponieważ przez pierwsze minuty nie miał odwagi podnieść wzroku, a jego skórzane obuwie nagle wydało mu się nad wyraz interesujące. Chłopak na pewno nie spał i mógł się tego domyślać po szeleście pościeli, kiedy ten wiercił się na łożu, lub pojedynczych kaszlnięciach i pociągnięciach nosem. Jasper odchrząknął z zażenowaniem i po dłuższym wahaniu w końcu spojrzał na swojego gościa. Gdy jego oczy napotkały te wytęsknione, kryształowo niebieskie, wziął gwałtowny wdech. Czuł, jak setki różnych uczuć paraliżują jego ciało, odbierając zdolność porozumiewania się ze światem i jedyne co mógł zrobić, to stać w tym samym miejscu, wpatrywać się w drobną figurkę Allana otoczoną pościelą i napawać się tym, że jego marzenie nareszcie jest obok niego. Bezpieczne u jego boku. O tym, że się myli miał się dopiero przekonać.
Allan obserwował uważnie mężczyznę stojącego w progu pokoju. Jego pojawienie się wzbudziło w nim skrajnie mieszane uczucia. Z jednej strony najchętniej ukryłby się pod kołdrą i nie wychodził spod niej póki nie zyskałby pewności, że znów jest sam. Z drugiej jednak, coś w jego twarzy wydawało mu się znajome i mówiło mu, że nie powinien się go bać. Było to coś, co dawało mu pewność, że z jego strony nie czeka go krzywda. Zaskoczył go natomiast wzrok pana majątku. To, jak na widok Vedisa jego twarz zdjęły emocje, których Allan nie potrafił nazwać, chociaż wydawało mu się, że tak ludzie patrzą na coś, co po bardzo długim czasie w końcu udało im się odzyskać. Nie rozumiał tego. Nie miał także czasu by zrozumieć, bo jego skupienie uleciało w mgnieniu oka, gdy jego płuca zdusił nieznośny kaszel. Zasłaniając usta dłonią kątem oka dostrzegł, jak sylwetka Jaspera przybliża się do łóżka, a niepokój złamał wyraz jego twarzy.
- Czy był już u ciebie medyk? – spytał Jasper ze zmartwieniem. Intuicyjnie zajął miejsce, w którym chwilę wcześniej siedziała Anna. Allan pokręcił jedynie głową, naciągając wyżej kołdrę, kiedy udało mu się zapanować nad kaszlem. Nie odezwał się nawet słowem, dalej uważnie studiując twarz swojego… No właśnie, kogo? Opiekuna? Właściciela? Jasper westchnął ciężko. – Poproszę Elliaha, żeby go tu przysłał. Powinien cię zbadać, obawiam się, że skrajne wyziębienie nie jest jedynym, co ci dolega. Mam nadzieję, że nie nabawiłeś się zapalenia płuc – znów odpowiedziała mu cisza. Przez chwilę milczeli obaj.
 - Przykro mi, że… - Devril zawahał się, po czym odchrząknął, by dokończyć. Jego głos nie brzmiał pewnie. Prawdopodobnie obaj byli tak samo skrępowani i nie wiedzieli, jak zachować się względem siebie. – Poznajemy się w takich okolicznościach.
- To nie pana wina, mogłem nie być tak uparty – przyznał cicho, kiedy jego dumę przysłoniła niepewność. Nie pochorował się przez przypadek, tylko przez własną głupotę i nie był przekonany, czy Devril przymknie na to oko, a dostać reprymendę czy też karę już pierwszego dnia w ogóle nie pasowało do chłopaka, który całe życie żył, jak cień człowieka, którego tak naprawdę nie ma. Nie zwracał na siebie uwagi, tymczasem teraz cała uwaga skupiała się na nim. – Dostałem koce, mogłem z nich skorzystać.
- Mogłeś – przyznał Jasper z rozbawieniem. Ten dzieciak tak naprawdę nic się nie zmienił, jeżeli chodzi o pójście w zaparte. – Myślę, że wystarczającą karą dla ciebie jest to przeziębienie.
- Ja… - nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc tylko naciągnął kołdrę jeszcze wyżej. Jasper go onieśmielał i sprawiał, że chciał mu się odciąć jednocześnie, co w ogóle nie było do niego podobne.
- W porządku, już cię nie męczę – westchnął Devril, pocierając dłońmi kolana. Przez chwilę jeszcze patrzył na Allana, a potem wstał i skierował się do wyjścia. – Chciałbym cię oprowadzić po domu, kiedy wyjdzie od ciebie lekarz, przed kolacją powinniśmy zdążyć z najważniejszymi miejscami. Pasuje ci to?
- Myślałem, że Annabelle mnie oprowadzi – zdziwił się Vedis, odsuwając przykrycie z ust.
Ta dziewczyna prędzej cię gdzieś zgubi  prychnął w myślach Jasper, ale nie wypowiedział ich na głos.
- Jeżeli wolisz żeby, to ona się tym zajęła… - zaczął mężczyzna, ale naprawdę miał nadzieję, żeby nie będzie.
- Nie, jest w porządku – zaprzeczył szybko Allan i ujrzał, jak twarz Jaspera rozjaśnia coś, na kształt uśmiechu.
- Jeszcze zdążysz się przekonać, jak roztrzepana bywa Anna. Pod tym względem są z Olenem bardzo podobni – pokręcił głową, w duchu ciesząc się z tej krótkiej wymiany zdań i na kolejną możliwość spędzenia czasu z Allanem. Czuł, jakby wraz z jego pojawieniem się obudziła się w nim zdolność do odczuwania szczęścia. Zdolność, która długo pozostawała w uśpieniu.
***
- Jeszcze zdążysz się przekonać, jak roztrzepana bywa Anna! – pokojówka krążyła rozsierdzona po kuchni, przedrzeźniając w tym samym czasie swojego pracodawcę. – I jeszcze insynuuje jakieś niestworzone rzeczy!
Olen mieszał miarowo w kotle, pilnując by w zupie nie znalazły się żadne grudki.
- Przecież miał rację – wzruszył ramionami, a chwilę potem chował się za garem. Gorąco od ognia, na którym pracował uderzyło w jego policzki, ale byłoby to niczym w porównania do oberwania drewnianym chodakiem, który poleciał w jego stronę. – Jesteś straszna! Poza tym, naprawdę, jak nisko upadłaś by podsłuchiwać?
Wychylił się tylko po to, by zobaczyć, jak w jego stronę leci drugi but.
- Zwariowałaś?! – jęknął z oburzeniem. – Jak je porozbijasz, to Una mnie zabije bo są jej. A jak porozbijasz nimi kafelki na ścianie, to Devril zabije nas wszystkich. Albo będzie kazał nam posklejać te kafelki kawałek po kawałku, tylko po to, żeby później zatrudnić fachowca, który zrobi nową ścianę.
- I to ja jestem straszna? – fuknęła dziewczyna. Ponieważ nie miała już nic pod ręką, pozostawało jej ciskać piorunami z oczu.
- Oczywiście, że tak! – w głosie Olena pobrzmiała nuta desperacji. Przysiągł sobie, że zaraz ją stąd wyrzuci, bo inaczej nigdy nie skończy tej kolacji. Za jego plecami uwijał się jeszcze sztab ludzi, ale tylko wykonywali jego polecenia. Bez kolejnych poleceń praca by stanęła. Poza tym jego pomocnicy taktownie udawali, że nie słyszą ich wymiany zdań. – Bo po nim to przynajmniej wiadomo czego się spodziewać, a ty jesteś niezrównoważona.
Dobrze, że zdążył znów paść za kotłem, dzięki temu nic nie przerwało lotu stalowej chochli, która na ziemię upadła dopiero, gdy wytraciła na prędkości.
- Dobra, dosyć tego dobrego – zirytował się młody kucharz.
- Sam się o to prosiłeś – prychnęła Annabelle, marszcząc nos.
- Tak, tak, jak zwykle. A teraz pozwól, że cię wyproszę, bo w przeciwnym razie podczas kolacji państwo będą mogli sobie co najwyżej popatrzeć na piękną zastawę – za plecami Olena rozległ się kaszel, bardziej przypominający próbę zduszenia śmiechu. Annabelle zgromiła spojrzeniem zatrudnioną niedawno pomoc kuchenną.
- Popracuj nad dowcipem, bo ostatnio coś się przytępił – burknęła i odwróciła się na pięcie by opuścić kuchnię. Czekał ją jeszcze ostatni obchód po posiadłości razem z panną Collins. Nie widziała, jak na ustach jej ciemiężyciela wykwita piękny uśmiech.
***
- Jeszcze dziś listę medykamentów zawiozę do miasta, aptekarz zajmie się ich przyrządzeniem i najdalej jutro po południu powinny być do odebrania. Wystarczy, że panicz pośle po nie służbę – referował lekarz rzeczowym tonem. Allan z zaskoczeniem odnotował sugestię, jakby miał w tym miejscu cokolwiek do powiedzenia. Musiał dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodziło i żywił nadzieję, że Jasper mu to wyjaśni. Najlepiej jeszcze gdyby sam poruszył temat, by Allan nie musiał się odzywać.
- Przepraszam, czy panicz mnie słucha?
- Co… A tak, przepraszam – odezwał się cicho ze skruchą. – Zamyśliłem się.
- Naturalnie, z pewnością jest pan jeszcze osłabiony. Powiedziałem, że notatkę z zaleceniami co i jak brać zostawiam do pana dyspozycji.
- Dziękuję – wydusił z siebie, poprawiając się na poduszkach.
- Tym też z pewnością zajmie się służba, więc proszę się niczym nie przejmować. Za tydzień, może dwa będzie pan zdrów, jak ryba – uśmiechnął się medyk. Ten chłopak niesamowicie przypominał mu jego własnego syna, gdy ten unieruchomiony leżał w swojej sypialce na poddaszu złożony chorobą. A może wcale nie. Może to po prostu jego ojcowski instynkt, nie mniej młody panicz budził w nim ciepłe uczucia, nawet jeżeli zdawał się go w ogóle nie słuchać. Dla pewności powtórzył wszystko Devrilowi, gdy mijał się z nim w drzwiach.
Zastanawiał się, kiedy przestanie czuć się tak skołowany. Wszystko wskazywało na to, że ludzie tutaj troszczyli się o niego tak, jak nie troszczono się o niego od dawna, nawet w jego własnym domu. W głowie rozbrzmiały mu słowa Elliaha.
– Jest pan w domu. Teraz jest pan w domu, paniczu.
Czy istniała realna szansa, by tak było? Został kupiony. Człowiek, który dawał mu dach nad głową, dał zapewne także pokaźną sumę by tak mogło być. Chowając gorycz upokorzenia związaną z tym faktem gdzieś na dnie serca, zastanawiał się, co było w nim takiego, że ktokolwiek zechciał uszczuplić swój majątek ze względu na niego? Był wynaturzeniem – bladym, o włosach tak jasnych, że niemal bladych, eterycznych rysach i zimnym, kryształowym spojrzeniu; pośród jednakowo czarnowłosych i ciemnookich mieszkańców Rivenhall. W dodatku wynaturzeniem, które nie potrafiło kochać.
- Allan? – najpierw był ciepły oddech, który owiał jego ucho, a dopiero potem głos, który wyrwał go z odrętwienia. – Pytałem, czy masz teraz siłę przejść się kawałek, zanim zejdziemy na kolację? Chciałbym pokazać ci kilka miejsc, żebyś bez problemu mógł się poruszać po domu bez niczyjej pomocy.
Wzrok Jaspera był spokojny, tak samo, jak wyraz twarzy, chociaż pozbawiony uśmiechu. Allan miał przeczucie, że ten dziwny, tajemniczy mężczyzna bardzo rzadko pozwala sobie na uśmiech.
- Tak, oczywiście – odpowiedział szybko, odrzucając od siebie kołdrę. Przy łóżku czekały na niego pantofle. Wsunął w nie stopy by po chwili opuścić komnatę. Miał nadzieję poznać odpowiedzi przynajmniej na te najbardziej nurtujące go pytania. Czy było to możliwe, bez ich zadania? Czy ten człowiek byłby w stanie czytać mu w myślach?

Obserwatorzy