czwartek, 10 stycznia 2019

Allan: Rozdział 2

Witajcie, kochani! Jak się trzymacie? Nie wiem, jak u Was, ale u mnie zima powoli szturmuje śniegiem ulice :p Jeżeli nie macie opon zimowych założonych, to nie polecam wypuszczać się w taką pogodę samochodem gdziekolwiek. Bądźcie bezpieczni i niech nic Wam się nie stanie! Niedługo część z Was na pewno zaczyna ferie ;) Ja po sesji także będę miała trochę wolnego, więc przeznaczę ten czas na pisanie :D Dzisiaj przychodzę do Was z przedostatnim rozdziałem z mojego zapasu >< Nie wiem, co zrobię, jak ten zapas się skończy, ale obiecuję postarać się utrzymać regularność publikacji. Wychodzi na to, że będą to czwartki, nie wiem tylko jeszcze, czy co tydzień, czy co dwa tygodnie >.> Jakieś sugestie? ;) No nic, nie przedłużając - zapraszam i życzę Wam miłej lektury <3 Czekam niezmiennie na komentarze :3 
***

Podróż nie należała do szczególnie długich, jednak to nie poprawiło jej komfortu
w najmniejszym stopniu. Jedynie ostatnie dwa kwadranse pozwoliły oczom Allana odpocząć od widoku kamienic, obdartych mieszkańców slumsów przemykających w cieniu i zamożnych, napuszonych szlachciców w pysznych strojach, kroczących dumnie lub wyprostowanych, jak struna w swoich powozach.
Nienawidzę tego miasta
Nienawidzę tych ludzi
Nienawidzę człowieka, który mnie kupił
Nienawidzę siebie, bo pozwoliłem, by mnie kupiono
Na pół godziny przed końcem podróży miasto powoli zaczęło ustępować miejsca szerokim, bezkresnym łąkom i polom, przetykanym samotnymi drzewami. Droga prowadziła pagórkami, była na tyle zawiła, że Allan zrezygnował z prób zapamiętania kolejnych skrętów jeszcze w środku miasta, gdzie przynajmniej mógł liczyć na pewną, choć dość smutną różnorodność. Pośród pustki wszelkie próby były zupełnie bezcelowe. Tym bardziej, że jak okiem sięgnąć, płachta śniegu przykrywała wszystko aż po horyzont. Trudno było uwierzyć, że znajdował się nadal w granicach miasta, że takie odludzie administracyjnie wciąż do niego należało i nie zostało nijak zagospodarowane. Nie widział dookoła żadnych gospodarstw, które odpowiadałyby za uprawianie mijanych pól, zatem jeżeli te ziemie leżały odłogiem, to jaki interes mógł mieć urząd w utrzymywaniu tych miejsc, skoro nie przynosiły żadnych zysków, żadnych dochodów; skoro były bezpańskie?
- Jesteśmy na miejscu, paniczu – oznajmił woźnica, gdy powóz stanął, a on pojawił się w wejściu. Ze zgrozą patrzył na smukłe, niemal chuderlawe ciało Allana i nietknięte koce, spoczywające obok niego na ławce. Ten chłopak nie miał pojęcia, że narażał go na gniew pana, gdyby się rozchorował, na co się zanosiło, patrząc na sine usta młodzieńca, zaczerwienione od mrozu policzki oraz nieco świszczący oddech, o niekontrolowanych dreszczach nie wspominając. Kto wpadł na tak okrutny pomysł wysłania dziecka w takie zimno bez żadnego płaszcza? Przecież, to jak wysyłanie kogoś na pewną śmierć i wyglądało to na czyjeś celowe posunięcie. Jeśli pan się dowie, a dowie się na pewno… To być może jednak nie on, stary woźnica odpowie za prawdopodobną chorobę nowego lokatora dworu. On tylko powoził, nie uśmiechało mu się za karę zastępować w obowiązkach stajennych, szczególnie teraz, gdy niskie temperatury utrudniały pozbycie się pewnych, niepożądanych nieczystości z boksów ulubieńców jego pana. Mężczyzna odchrząknął, próbując pozbyć się
z głowy nieprzyjemnych obrazów, nie mógł jednak wpłynąć na decyzję młodzieńca i siłą okryć go kocem.
Allan jakby nie zdawał sobie sprawy z zimna przenikającego jego ciało na wskroś. Widok dworu, rozmiarami bijącego jego rodzinny dom, skutecznie go znieczulił. Kiwnął woźnicy głową na znak zrozumienia i z niejakim trudem opuścił powóz. Skostniałe ciało, okryte jedynie cienką marynarką buntowało się przed jakimkolwiek ruchem.
- Prosiłem panicza o okrycie się kocem – zajęczał starszy mężczyzna, łapiąc się za głowę. Szybko jednak się zreflektował, by pomóc zejść Allanowi po stopniach pojazdu. Ten nawet nie miał siły nie skorzystać z tej pomocy. – Kto to słyszał, wysyłać dziecko w taki ziąb bez żadnego ciepłego okrycia!
- Mówiłem już, nie potrzeba było mi koców – odparł zaskoczony Allan,
nie przyzwyczajony do takiej impertynencji. Jego dawna służba w zasadzie nie podnosiła nawet wzroku wymieniając z nim pojedyncze suche zdania, których nie można nawet było nazwać rozmową. – A o płaszczu zapomniałem – skłamał gładko.
- Od tego miał pan służbę i ojca, paniczu – ukłonił się nisko.
- Poza tym nie jestem dzieckiem – dodał, ignorując słowa woźnicy. W końcu miał służbę, owszem. Ale nie miał ojca.
- Naturalnie, paniczu – mężczyzna raz jeszcze zgiął się w ukłonie i już odwracał się
by zasiąść na koźle i odprowadzić konie z powozem do stajni, gdy zatrzymał go cichy głos Allana, zupełnie różny od tego, którym przemawiał do niego przed chwilą.
- Jaki on jest? – Allan przeklął się w duchu za niepewność, która w ostatniej chwili wybiła się w jego pytaniu wbrew jego zamiarom.
- Za mało czasu mamy, jaśnie panie, bym mógł opowiedzieć ci choć setną część tego,
kim jest nasz pan i ile wszyscy tutaj mu zawdzięczamy– woźnica wygiął usta
w dobrodusznym uśmiechu, mając nadzieję, że młody panicz zrozumiał, ile tak naprawdę zawarł w tym jednym, krótkim zdaniu, po czym odjechał by pozwolić stajennym wykonać ich robotę. Starzec czuł, że to dziecko dokona tu jeszcze wielkich rzeczy, mimo że nikt, z wyjątkiem samego pana, nie wiedział, jaką rolę miało przyjść mu odegrać.
U szczytu potężnych, jasnych schodów czekał na niego lokaj. Allan był na tyle zziębnięty, że nieszczególnie obchodziło go, kiedy i w jaki sposób odzyska swój bagaż. Jeśli w ogóle odzyska. Bogowie raczyli wiedzieć kim przyjdzie mu być w tym miejscu. Sztywnym krokiem ruszył w górę, ostatkiem sił powstrzymując się od objęcia się ramionami. Lokaj po chwili ruszył za swoim nowym paniczem, próbując otrząsnąć się z szoku, jaki wywarł na nim brak cieplejszego okrycia na smukłych plecach chłopaka. Zrównał się z nim i w pośpiechu zaczął rozchylać poły własnej ocieplanej futrem peleryny.
- Paniczu, tak nie można, nabawi się pan zapalenia płuc! – Allana po raz kolejny zaskoczyła śmiałość i porywczość w zachowaniu służby. Ci ludzie wydawali mu się tacy…
Żywi.
Allan powstrzymał go wyuczonym ruchem ręki. Sam nie do końca wiedział na ile może sobie pozwolić, bowiem rolę bogatego szlachcica i panicza domu pozostawił daleko za sobą, szczególnie, że w chwili obecnej, nie posiadając złamanej monety przy duszy, nie wiedział czy zwyczajowy tytuł szlachecki, który od wieków posiadał jego ród, a w obecnych czasach miano arystokraty w dalszym ciągu mu przysługuje. Ostatecznie wszak został zastąpiony przez kogoś innego, komu nadano jego godność. Czy mógł nadal uważać ją za swoją? Te pytania nie dawały mu spokoju. Jednak skoro oni tutaj nadal tytułowali go w ten sposób, liczył, że nie posuwa się za daleko.
- Nie trzeba, poza tym i tak zaraz znajdziemy się w środku, czyż nie? – spytał pewnie, ciesząc się że tym razem ma sensowną wymówkę, która nie czyni go paniczykiem
z dziwnymi kaprysami. Ostatecznie nikt przy zdrowych zmysłach nie pozostał by na dworze w środku listopada w stroju podobnym do tego, który miał na sobie, kiedy w ich mieście o tej porze przychodziły pierwsze silne mrozy.
- Naturalnie, jednak nalegam…
-Nie trzeba – zniecierpliwiony Allan przerwał mu, widząc, że szykuje kolejne argumenty. Na szczęście w tym momencie zatrzymali się przed drzwiami i chcąc, nie chcąc lokaj musiał zająć się swoimi obowiązkami, a nie pouczaniem krnąbrnego, w jego mniemaniu, dziecka. Jak żył czterdzieści pięć lat niemal, dwadzieścia pięć z nich służąc rodzinie jego pana, nie spotkał się jeszcze z czymś takim.
- Tak jest – odrzekł cicho, kładąc dłonie na dużych, złotych klamkach.- Pan odwołał dziś wszelkie spotkania by móc powitać panicza w jego nowym domu. Nie jestem jednak pewien, czy przypadkiem nie spotkają się państwo dopiero podczas posiłku, to jest za trzydzieści minut, mniej więcej.
- W moim nowym domu – Allan nieświadomie powtórzył, jak echo słowa lokaja, ignorując jego dalszą wypowiedź. Sam przed sobą próbował ignorować, że żołądek skręcał mu się na myśl o poznaniu tego człowieka. Szacunek pozbawiony strachu, z jakim się o nim wypowiadano, świadczył o tym, że ci ludzie naprawdę darzą go niewymuszonym respektem. Jego ojciec nigdy nawet nie mógł śnić o czymś podobnym. On w jednej ręce dzierżył władzę, a drugą siał postrach by móc tę władzę utrzymać.
- Tak jest paniczu, dokładnie to powiedziałem – otworzył potężne wrota przed swoim podopiecznym i przepuścił go, by mógł wejść jako pierwszy. Nawet gdyby nie wymagała tego etyka, postąpiłby tak samo, chcąc by to dziecko znalazło się, jak najszybciej w ciepłym pomieszczeniu. Allan tymczasem czuł się coraz mniej przytomnie, jego ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze, jak gdyby trawiła go febra, co było mało prawdopodobne, jednak to, czego lokaj był pewien, to że ciało panicza walczyło z rosnącą powoli gorączką. Allan też to czuł i obawiał się, że nie zdoła postawić dalej zbyt wielu kroków.
Gdy jednak przekroczył próg domostwa, przypominającego w gruncie rzeczy raczej pałac, aniżeli zwykły dworek, stało się coś, czego nie spodziewał się ani lokaj, ani Allan, ani tym bardziej osoba czekająca na niego w holu. Kiedy oczy młodego arystokraty natrafiły na wysoką, smukłą, ale zarazem dobrze zbudowaną postać mężczyzny; poczuł, że robi mu się jeszcze zimniej. Przez sposób w jaki stał, z rękoma złączonymi z tyłu, uwydatniającymi szerokie barki; przez brak marynarki ukazujący śnieżnobiałą koszulę, opinającą także szeroką klatkę piersiową, idealną talię; i podkreślający długie nogi skryte pod perfekcyjnie skrojonymi spodniami, Allan już wiedział z kim ma do czynienia. Stojący naprzeciw niego mężczyzna miał czarne, jak smoła włosy, wystarczająco długie z tyłu by smagać mu kark, perfekcyjnie przycięte po bokach z rozczesaną na boki grzywką, podkreślającą policzki. Równie czarne oczy wpatrywały się w niego z napięciem, zaciekawieniem, zniecierpliwieniem i całą gamą emocji, które absolutnie nie znajdowały odzwierciedlenia na twarzy. Zresztą z oczu także zniknęły w niedługim czasie, jak gdyby ich właściciel bardzo rzadko pozwalał sobie na okazywanie uczuć i utrzymywanie ich na wierzchu dłużej,
niż mrugnięcie stanowiło nie lada wyzwanie.
Szok, w jaki wprawił go widok jego nabywcy przelał czarę goryczy. Zmęczony podróżą i zimnem organizm Allana nie był w stanie znieść kolejnego obciążenia, jakim było duszenie w sobie silnych emocji, czy też emocji o jakimkolwiek natężeniu. Nie był w stanie wydusić ani słowa i jedynie jego usta poruszały się w niemej mowie, a kryształowy wzrok zastygł, utkwiony w – jak mu się wydawało – nowym oprawcy. Mężczyzna natomiast przypominał w owym momencie bardziej posąg, aniżeli żywego człowieka i jedynie unosząca się klatka piersiowa świadczyła o tym, że jest inaczej.
- Paniczu Vedis, pragnę przedstawić pana opiekuna, głowę tego domu i dziedzica majątku Devril. Pan Jasper Devril – lokaj zgiął się w ukłonie wyrażającym dozgonne oddanie i szacunek, jakim darzył chlebodawcę. Jego głos był mocny, donośny. To nie był szept, do jakiego Allan był przyzwyczajony. To nie był sposób mówienia kogoś, kto miałby żyć w ciągłym strachu i niepewności. Wszystkie te spostrzeżenia i fakty skumulowały się w Allanie, opadając na barki ciężarem, którego nie był w stanie opisać, jednak czuł, że to już zbyt wiele dla jego i tak osłabionego organizmu. Był głupi, nie przyjmując koców oferowanych mu przez woźnicę i peleryny lokaja. Nim zdążył się ukłonić by powitać jego gospodarza z należytym szacunkiem – jego poczucie równowagi zaczęło bardzo szybko ulatywać, a obraz przed oczami przysłoniły czarne plamki. Przytomność opuściła go szybciej niż równowaga. Ostatnim, co zapamiętał, była dezorientacja, która wkradła się nagle w spojrzenie Jaspera i okrzyk zdziwienia lokaja, którego imienia nawet nie zdążył poznać.
***
Ogień trzaskał wesoło w kominku, rzucając ciepłą poświatę na Jaspera siedzącego
w miękkim fotelu naprzeciwko. Stanowił zupełne przeciwieństwo mężczyzny, którego twarz pozostawała pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, sprawiając wrażenie wykutej w kamieniu. Nie marszczył czoła, nie mrugał, a wzrok utkwiony miał nieruchomo w płomieniach. W jednej dłoni trzymał pękatą, kryształową szklankę z niewielką ilością bursztynowego alkoholu na dnie. Zaczynało powoli zmierzchać, a Allan w dalszym ciągu pozostawał nieprzytomny. Jasper nie chciał aż tak zaprzątać sobie nim głowy, ale nie potrafił przestać myśleć o tym, w jakim stanie chłopak do niego trafił. Nie umiał wyobrazić sobie, jak osłabiony musiał być. Stół w jadalni pozostawał nakryty, ale nikt nawet nie dotknął zastawy w celu spożycia obiadu. Niesienie zbyt lekkiego, jak na jego gust ciała skutecznie odebrało mu apetyt. Poza tym, nawet gdyby był głodny, to ten posiłek miał wyglądać zupełnie inaczej. Jaspera zastanawiało, jak źle Allan musiał być traktowany w poprzednim domu i czy w ogóle to miejsce zasługiwało na to miano. Bo akurat kwestia, że owo traktowanie pozostawiało wiele do życzenia nie budziło w nim najmniejszych wątpliwości.
Zupełnie nie tak wyobrażał sobie ich pierwsze spotkanie po tylu latach. Chciał widzieć jego pierwsze reakcje w nowym domu, jego zachowanie; móc po cichu śmiać się z jego nieporadności w poruszaniu się licznymi korytarzami posiadłości, z zaciętości nie pozwalającej na spytanie o drogę; przekonać się, czy w dalszym ciągu ogrody są miejscem, w którym kocha przebywać. Pragnął być opiekunem, jakiego Allan od dawna nie posiadał, a którego w mniemaniu Jaspera z pewnością potrzebował. Miał nadzieję zapewnić mu stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Nie spodziewał się jednak zupełnie, że zamiast tego wszystkiego będzie ścigał się z lokajem o to, kto pierwszy pochwyci bezwładne ciało młodzieńca, będące w połowie drogi do twardego spotkania z ziemią. Czuł się bardzo dziwnie i niekomfortowo, widząc go tak odmienionego, jak gdyby zastąpienie prawowitego dziedzica majątku rodu Vedis nastąpiło lata temu, a nie teraz. Jeżeli nie zobaczyłby tych kryształowych tęczówek, nigdy nie powiedziałby, że to ten sam roześmiany, ciekawy wszystkiego chłopiec; uczepiony spódnicy matki, otoczony służkami, rzucającymi mu ciepłe, pełne miłości spojrzenia.
Po pokoju rozniósł się dźwięk pukania do drzwi, który wybudził Jaspera z transu. Potrząsnął głową i odstawił szklankę z nienaruszoną zawartością na blat biurka. Poprawił się w fotelu, wygładził zagniecenia na marynarce i cicho zezwolił na wejście osobie, która czekała pod gabinetem. W progu pojawił się lokaj. Miał odprężony i spokojny wyraz twarzy, zupełnie inny od tego, gdy szedł za swoim panem niosącym Allana do jego nowej komnaty.
- O co chodzi, Elliahu?
- Panicz Allan już się obudził, proszę pana. Pomyślałem, że będzie chciał pan wiedzieć. Przepraszam, jeżeli w czymś przeszkodziłem – mężczyzna skinął głową i cofnął się pół kroku za drzwi.
- Spokojnie, nie przerwałeś niczego ważnego. Dobrze zrobiłeś przychodząc, dziękuję. Zaprowadź go do jadalni, jeżeli ma siłę. Powinien coś zjeść. Jeśli nie, to niech służące przyniosą mu posiłek do pokoju. Jeżeli nie masz w tej chwili żadnych naglących obowiązków, to proszę, dotrzymaj mu towarzystwa podczas posiłku.
- Pan nie pojawi się na obiedzie? – zdziwił się Elliah.
- Muszę trochę popracować, poza tym mam pewną delikatną sprawę do załatwienia. Gdyby nasz gość nie postanowił zemdleć w ramach przywitania, to z pewnością teraz cieszylibyśmy się wzajemnym towarzystwem – westchnął Jasper, poprawiając się znów w fotelu i przyciągając do siebie przypadkową, najbliżej leżącą kartkę, zapisaną od góry do dołu, najpewniej już dawno podpisany przez niego dokument.
- Oczywiście, proszę pana. Proszę się niczym nie martwić, panicz Vedis nie będzie zostawiony samemu sobie. Myślałem jednak, że poczuje się pewniej, jeżeli to pan
go oprowadzi, pokaże, jak toczy się tutaj życie…
- Chwila, moment! Elliah, przypominam Ci, że wpadanie na kreatywne pomysły nie należy do twoich obowiązków. To po pierwsze. Po drugie, nie jestem jego piastunką, zapobiegłem jedynie jego bezdomności. Powinien więc wykazać się minimalną wdzięcznością
 i nie zawracać mi głowy głupotami. – Devril przerwał mu wyjątkowo gwałtownie, odkładając z trzaskiem długopis, który w między czasie złapał między palce.
Elliah uśmiechnął się jednak ciepło, ku zaskoczeniu szlachcica.
- Proszę mi wybaczyć tę śmiałość – skinął głową w wyrazie szacunku. Jasper zaniemówił na ułamek sekundy, ale nie dał się wytrącić z równowagi.
- Tak, tak. Po prostu idź już do niego – mruknął, odprawiając go delikatnym machnięciem ręki, jednak gdy drzwi zaczęły się powoli zamykać za lokajem, przyszło mu do głowy coś jeszcze. – Elliah! Jeszcze jedno…
- Tak, proszę pana?
- Poproś do mnie Williama – wyraz twarzy starszego mężczyzny uległ diametralnej zmianie na słowa chlebodawcy. Ciepło i sympatię w jasnych oczach zastąpił niepokój.
- Pana Kostov? Czy coś się…
- Nie dociekaj, proszę cię. Po prostu przywołaj go do mnie. Nic się nie dzieje,
ale nie pozwól mu zwlekać. Chciałbym go widzieć tutaj za pół godziny – uciął znów Jasper, udając, że nie widzi zaciskających się dłoni Elliaha. Zdawał sobie sprawę, że Elliah doskonale wiedział, co oznacza prośba o spotkanie z Williamem, ale tym razem nie mógł wtajemniczyć go w szczegóły. Jeszcze nie teraz.
- Tak jest – dźwięk zamykanych drzwi był sygnałem, że Jasper znów był w swoim gabinecie sam.
- Będziesz się musiał postarać, Will. Tym razem nie będzie żadnego miłosierdzia.
Dla nikogo – mruknął, przyciągając do siebie ramkę ze zdjęciem dla niego szczególnym.
Nie zwrócił uwagi na swoją nastoletnią wersję, ani nawet na piękną, jednak widocznie schorowaną kobietę, trzymającą dłoń na jego głowie. Opuszkiem palca przeciągnął po postaci małego, radosnego chłopca, którego oczy w pamięci Jaspera pozostawały srebrzyste, pogodne i szczęśliwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy