Wiecie co jest magią studiów? Sesja, która wysysa z człowieka energię zanim w ogóle się rozpocznie. Potwierdzone naukowo!
Okej, wierzę, że są osoby, które naprawdę mnie czytają, nawet jeśli pozostają anonimowe, zatem - witajcie, Kochani! Mam nadzieję, że jesteście zdrowi i czujecie się dobrze. Dziś przychodzę z trzecim już rozdziałem, a to oznacza jedno - skończył mi się zapas. Mam nadzieję, że wybaczycie mi, jeśli rozdział czwarty pojawi się z opóźnieniem, ponieważ zaczyna się dla mnie najtrudniejszy okres tego semestru i nie mam właściwie czasu, który mogłabym poświęcić, na pisanie, czytanie... spanie ^^"" Studenci rozumieją! Nie przedłużając - zapraszam do czytania i zostawiania po sobie znaku w komentarzach (poważnie, nawet kropka mi wystarczy!) Jestem prawie pewna, że ten rozdział jest krótszy i nie mam pojęcia, jak to się stało, ale postaram się Wam to zrekompensować czwórką.
Enjoy!
***
Promienie słońca próbowały przedostać
się między konarami drzew, tworzącymi naturalne zadaszenie nad ogrodem,
otaczającym posiadłość rodu Vedis. Pogoda sprzyjała spędzaniu czasu na
zewnątrz, co też państwo i ich goście postanowili skrupulatnie wykorzystać. Na
kocach rozłożonych w cieniu odpoczywały damy, chroniąc się dodatkowo pod ażurowymi
parasolkami przed nadmiarem światła. W pewnej odległości od nich stali panowie
ze szklankami, wypełnionymi rozmaitymi trunkami, dyskutując o interesach i
innych arcyważnych kwestiach, których w ich mniemaniu kobiety pojąć nie mogły,
zatem lepiej było im nie przeszkadzać i pozwolić zatopić się w typowo kobiecych
tematach. Za czuwanie nad dziećmi, dokazującymi w najcieplejszej i najbardziej
rozświetlonej części ogrodu, odpowiadały służki i gosposie, uwijające się przy
okazji między resztą zgromadzonych, dolewające napitku, proponujące drobne
przekąski, by popołudnie dla każdego było przyjemne.
Nic więc dziwnego, że wśród tego
wszechobecnego harmidru nikt nawet nie spostrzegł, że brakuje dwójki chłopców,
w tym syna gospodarzy. Wcale nie odeszli daleko od towarzystwa, jednak oboje
znali ten ogród, jak własną kieszeń i doskonale wiedzieli, jak ukryć się, by
widzieć wszystko, jak na dłoni, jednocześnie nie zostając zauważonymi.
Rozsiedli się wygodnie między grubymi korzeniami najstarszego, największego drzewa.
W przeciwieństwie do dorosłych wcale nie potrzebowali rozmów, by być
zadowolonymi ze swojej wzajemnej obecności, dlatego też mały panicz oparł się o
pień i wlepił swoje kryształowe spojrzenie w błękit nieba, który nijak nie
dorównywał jego oczom. Czując obok siebie obecność swojego starszego
przyjaciela wiedział, że nic więcej nie jest mu potrzebne, a jednak coś nie
dawało mu spokoju. Siedzący obok nastolatek wyraźnie to dostrzegł, ponieważ
postanowił przerwać ciszę panującą między nimi.
- Nad czym myślisz, Allan? – zapytał,
wyciągając rękę, bo poczochrać prawie białe kosmyki malca.
- Nie lubię Lyiah – odparł zdecydowanie,
wydymając policzki, na co starszy jedynie
się roześmiał.
się roześmiał.
- A dlaczegóż to? Co zrobiła ci ta mała,
urocza dziewczynka?
- Nie mów tak o niej! – oburzył się. –
Ty musisz być po mojej stronie!
- Przecież zawsze jestem… - zaczął,
jednak gdy zobaczył drżący podbródek małego arystokraty, szybko wsunął się za
jego plecki, by móc pełnić rolę jego oparcia i przy okazji otoczyć go
ramionami, wiedząc, że ten gest zawsze działał na niego uspokajająco. – Hej,
Allannie, co się dzieje?
- Myślisz, że rodzice będą mi kazali się
z nią ożenić? – spytał cichutko przygryzając
od wewnątrz policzek. Skubnął nitkę wystającą z mankietu marynarki starszego, próbując
nie ukazać światłu dnia łez wielkości grochu.
od wewnątrz policzek. Skubnął nitkę wystającą z mankietu marynarki starszego, próbując
nie ukazać światłu dnia łez wielkości grochu.
- Ależ co ci w ogóle przyszło do głowy,
aniołku?
- Podsłuchałem, wczoraj jak rodzice się
sprzeczali. To znaczy ja nie chciałem,
ale coś chyba się potłukło i było głośno, i przestraszyłem się, bo mama płakała i tata krzyczał, i wiesz, ja nie chciałem, żeby mamie coś się stało, to pomyślałem, że pójdę i mamę obronię, ale zatrzymałem się przed drzwiami, bo… No, bo ja jednak też się trochę boję taty…
ale coś chyba się potłukło i było głośno, i przestraszyłem się, bo mama płakała i tata krzyczał, i wiesz, ja nie chciałem, żeby mamie coś się stało, to pomyślałem, że pójdę i mamę obronię, ale zatrzymałem się przed drzwiami, bo… No, bo ja jednak też się trochę boję taty…
- Czekaj, czekaj… Chwilka, oddychaj –
zszokowany nastolatek przerwał gwałtownie potok słów arystokraty, w obawie, że
ktoś mógłby je usłyszeć. Za dobrze bowiem wiedział, że nie powinny one w żadnym
wypadku dotrzeć do kogokolwiek, w tym środowisku nikomu nie wolno było ufać, o
czym mógł przekonać się już niejeden raz. – Nie musisz się bać, aniołku. Masz
mnie i zawsze cię obronię. Powiesz więc, co takiego usłyszałeś? – to dziecko,
mimo swoich dziesięciu lat rozumiało więcej, niż wskazywałby na to jego wiek.
- No więc mówili, że Lyiah jest
najlepszą partnerką, ponieważ jej tata, to najbliższy partner w interesach
mojego i oni mają dużo pieniędzy, no i są szanowani. A ja nie chcę – jęknął
Allan, próbując schować się w klatce piersiowej starszego.
- Ale ona nie może zostać twoją żoną –
stwierdził rzeczowo. – Jak można być żoną czyjejś żony?
- O czym ty mówisz w ogóle, no – Allan
odwrócił się by spojrzeć na arystokratę
z dezorientacją wymalowaną na twarzy.
z dezorientacją wymalowaną na twarzy.
- Nie możesz się z nią ożenić, bo ja się
ożenię z tobą i wtedy już zawsze będę mógł się tobą opiekować – wzruszył
ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Ale jestem chłopcem – zauważył
rezolutnie. – I ty też jesteś!
- No i co z tego?
- No, że tak się nie da.
- Nieważne, po prostu nie martw się tym,
bo ja zawsze będę obok!
Wraz z ostatnimi słowami nastolatka,
Allan poczuł, jak znika ciepło za jego plecami. Niebo spowiły czarne, ołowiane
chmury, nie pozwalające słońcu przedrzeć się do przestraszonego chłopca. Znikąd
wyrosła przed nim olbrzymia postać ojca, wyciągająca do niego potężne ramię, a
jego słowa zabrzmiały jak pierwsze odgłosy burzy.
- Już nigdy więcej! Ci wyznawcy diabła
już nigdy więcej się tu nie pojawią, nigdy nie zobaczysz się z tym brudnym
dzieckiem, rozumiesz? – każde słowo mężczyzny pachniało siarką i spalenizną, a
spadało na jego drobne ciałko potężnymi ciosami. Dym wziął się znikąd, ogień
trawił piękny ogród otaczając ciasnym kręgiem ojca i syna, gorące języki były
bliżej i bliżej, a hałas dookoła narastał. Zagłuszył jego krzyk, zagłuszył jego
łkanie, zlał się w jedno z przerażającym głosem ojca i wypełnił każdy skrawek jego głowy,
pełznąc między źdźbłami zwęglonej trawy, między smugami na niebie, między
palcami, między kosmykami włosów. Rósł i rósł, razem z ogniem, razem z
mężczyzną.
- Obiecałeś, że będziesz przy mnie! –
chłopiec zapłakał, uderzając piąstkami w spopieloną ziemię. Czuł, jak gorąco
smaga go po karku, w miejscu w którym jeszcze przed chwilą czuł oddech swojego
Anioła Stróża.
- Już nigdy więcej go nie zobaczysz,
zapomnij o nim! Nic dla niego nie znaczysz, nie odbierze mi ciebie, nie zrobi z ciebie kogoś, kogo wolałbym zabić niż nazywać
własnym synem. Słyszysz?! – mężczyzna zamachnął się.
- Przyrzekłeś, że mnie nie opuścisz –
wyszeptał Allan na chwilę przed tym, jak potężne ramię miało się na nim
zatrzymać.
***
- Obiecałeś!
– z ust Allana wyrwał się krzyk, nim w ogóle zdążył się na dobre rozbudzić.
Zdezorientowanym i wciąż nieprzytomnym wzrokiem toczył po suficie i przestrzeni
pokoju, którą był w stanie dostrzec. Nie mogąc rozpoznać miejsca, w którym się
znalazł, zerwał się gwałtownie do siadu.
-
Paniczu! Spokojnie, spokojnie! – ręce Elliaha wyciągnęły się w stronę Allana,
chcąc go oprzeć z powrotem na poduszkach, jednak będąc jeszcze jedną nogą w
krainie koszmarów, chłopak dostrzegł w postaci lokaja swojego oprawcę, od
którego miał nadzieję się uwolnić. Widocznie jednak nie dane mu było zupełnie
odciąć się od przeszłego życia. W geście obronnym zasłonił się rękoma i
zacisnął oczy, czekając na cios, który w jego pamięci miał na niego spaść.
Elliah zamarł zdziwiony postawą mężczyzny. Jego nowy podopieczny wyglądał
wówczas, jak bezbronne, śmiertelnie przerażone dziecko. Opuścił ręce. Nie
przypuszczał nawet, że w czasie, gdy pójdzie poinformować o wszystkim pana
Devril, Allan zapadnie ponownie w sen. – Gorączka jeszcze pana nie opuściła,
zalecałbym odpoczynek.
Allan
powoli opuścił ramiona i coraz przytomniejszym spojrzeniem objął swoje
otoczenie. W rogu komnaty dostrzegł pokojówkę, przypatrującą mu się z
niepokojem. Nie stała ze spuszczoną głową, czy złożonymi rękoma, wyglądała na
szczerze zaniepokojoną, ale widocznie czuła się swobodnie. Nie tak, jak służba
w jego domu. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się myśli o tamtym miejscu.
Powinienem przestać porównywać. To nie
jest dom ojca.
Następnie
jego wzrok spoczął na tym, którego wziął za zagrożenie.
-
Poznaje mnie pan? Jestem Elliah, służę jako lokaj. Odebrałem pana z powozu –
zaczął miękko, a zmarszczki w kącikach oczu uwydatniły się, kiedy posłał mu
ciepły, kojący uśmiech.
-
Ja… Tak, tak oczywiście – odparł cicho, rozumieją, że lokaj najwyraźniej
oczekuje od niego werbalnej odpowiedzi. Poza tym ten uśmiech… Allan wsparł się
na poduszkach, które poprawiła mu pokojówka, tak by mógł pozostać w pozycji
półsiedzącej. – Co się stało? Czy zrobiłem coś niepoprawnego?
-
Ależ skąd! – wtrąciła się kobieta. – Panicz zasłabł w holu, zaraz po
przyjeździe. Zresztą nie ma się czemu dziwić. Cud, że obyło się bez interwencji
lekarza, przy pańskiej gorączce! Kto to widział, tak lekkie ubrania na taką
pogodę – pokręciła głową, w wyrazie zdegustowania.
-
Panno Collins, proszę ciszej – skarcił ją Elliah. – Panicz potrzebuje
odpoczynku.
-
Po pierwsze nie wytykaj mi mojego stanu cywilnego, Elliah, bo to wszystko twoja
wina – ofukała go, ku jeszcze większemu zaskoczeniu Allana. – Po drugie
doskonale wiem, czego potrzebuje panicz i za chwilę Annabelle przyjdzie tutaj z
obiadem.
-
Ależ, panno…
-
Jeszcze słowo, Elliahu – zgrzytnęła zębami, gotowa pogonić go ścierką zatkniętą
za pasek fartuszka. – Zjesz coś, drogie dziecko i zaraz postawimy cię na nogi.
Koniecznie musisz poznać naszego pana. Na pewno będzie chciał cię oprowadzić po
dworze i… - potok słów szybko przerwał mężczyzna, nie chcąc by sprawy zaszły za
daleko.
-
Ja się tym zajmę, pan jest zajęty i pracuje w swoim gabinecie. Prosił, żeby mu
nie przeszkadzać, zatem… - tym razem to jemu nie dane było dokończyć.
-
Po moim trupie – oświadczyła kobieta przez zaciśnięte zęby. – Jego
niedoczekanie! Jako pan tego majątku powinien stawić się osobiście, poza tym
nawet nie mieli jeszcze okazji się spotkać, jakby to świadczyło o jego
manierach?
-
W zasadzie to… - próbował wtrącić się Allan, jednak jego głos brzmiał bardzo
słabo i cicho na tle rozmowy tej dwójki.
-
Spokojnie, kochanie. Ty się absolutnie niczym nie przejmuj. No gdzież się
podziała ta nieszczęsna Annabelle. Przecież zupa na pewno wystygnie zanim tutaj
dotrze. Pójdę ją pośpieszyć, a ty, Elliahu postaraj się już bardziej nie
zestresować panicza – zgromiła mężczyznę wzrokiem, poprawiła ostatni raz
poduszkę i okrycie Allana, po czym żwawym krokiem opuściła pomieszczenie,
zostawiając obu mężczyzn osłupiałych.
-
Proszę wybaczyć jej zachowanie. Panna Collins jest bardzo nieokrzesaną osobą,
pomimo swojego wieku – pośpieszył z wyjaśnieniami lokaj, gdy już otrząsnął się
z szoku.
-
Nie szkodzi – odrzekł cicho Allan. – Tu jest tak inaczej…
-
Proszę? – zdziwiony mężczyzna próbował skupić się na jego słowach, nie
spodziewał się przecież żadnej odpowiedzi, widzą jak niepewnie czuje się
chłopak. Allan zmieszał się.
-
Nie, nic. Nic ważnego nie powiedziałem.
-
Ależ nie, proszę powtórzyć, po prostu nie dosłyszałem. Spokojnie – Elliah czuł,
że długo zajmie mu poznawanie nowego lokatora,
jeszcze dłużej potrwa jego otwieranie się na nich.
-
Ja tylko… Tu jest inaczej niż w moim domu – spuścił głowę. Pierwszy raz od
dawna ktoś był rzeczywiście zainteresowany jego zdaniem.
-
Jest pan w domu – odrzekł na to Elliah. – Teraz jest pan w domu, paniczu –
dodał ciszej i zrobił coś, czego Allan kompletnie się nie spodziewał. Poczuł na
swojej głowie ciepło dłoni, przesuwającej się po jego jasnych kosmykach w
uspokajającym geście i odniósł wrażenie, że całe osłabienie uleciało z niego w
jednej chwili. Dodatkowo do jego nozdrzy doszedł przyjemnych zapach przypraw i
gotowanych warzyw. W pokoju rozległo się ciche pukanie, a po chwili w drzwiach
pojawiła się młoda dziewczyna z wózkiem zastawionym jego posiłkiem. Nie było z
nią panny Collins.
-
Przepraszam za zwłokę, jednak Olen do ostatniego momentu uważał, że zupa nadal
jest za zimna dla panicza, skoro jest przeziębiony – dziewczyna zamknęła za
sobą drzwi i popchnęła wózek, by zaraz znaleźć się przy łóżku Allana. Na oko
była niewiele starsza od niego, długie czarne pukle spływały jej po plecach, a
czubek głowy krył się pod białym czepkiem. Była drobnej postury, ale spojrzenie
miała jasne i pozwalające domyślać się siły tkwiącej wewnątrz tego niezbyt
postawnego ciała. Pewnymi ruchami przestawiła naczynia, tak by wygodniej było
jej serwować kolejne partie posiłku. Na kolanach Allana znalazł się mały stolik
na rozkładanych nóżkach, na którym po chwili
wylądowała miska parującej zupy.
-
Ten chłopak jest zbyt ambitny – westchnął Elliah na myśl młodego kucharza,
który od niedawna zasilał szeregi służby dworu Devrilmanor. – Czy zgubiłaś po
drodze pannę Collins, Annabelle? – zagadnął, łącząc dłonie na plecach. W
dalszym ciągu stał przy łóżku.
-
Przepraszam? – zdziwienie dziewczyny wyraźnie odbiło się w wyrazie jej twarzy i
w głosie. Podała Allanowi srebrną łyżkę i przysunęła sobie krzesło stojące
pierwotnie przy toaletce. I ten szczegół odnotował Allan, nie skomentował tego
jednak w żaden sposób. Miał świadomość, że jeszcze długo będzie uczył się tego
miejsca.
-
Nie spotkałaś jej? Powiedziała, że pójdzie cię poszukać. Nie dotarła do kuchni?
– Elliah zmarszczył brwi.
-
Ależ skąd! Nie było jej w kuchni, ani nie minęłam jej po drodze.
-
Ależ skoro dotarłaś tu chwilę po jej wyjściu, to znaczy że powinnyście były się
spotkać.
-
Może poszła w drugą stronę, ale jeżeli chciała mnie znaleźć, to nie miałoby
sensu. Przecież w lewo jest tylko mała biblioteka i…
-
I gabinet pana Jaspera – dokończył za nią lokaj z ciężkim westchnięciem. – Tak
mi się wydawało, że było jej zbyt śpieszno. No nic, wybaczcie mi proszę, ale
muszę was na chwilę opuścić. Życzę paniczowi smacznego.
-
Dziękuję – skinął mu głową, próbując zignorować dyskomfort jaki czuł w trakcie
tej swobodnej wymiany zdań. Jakże bardzo on tutaj nie pasował.
-
Ale, proszę pana, co się… - zaczęła Annabelle, nie wiedząc co na celu miał ten
wywiad.
-
Obawiam się, że Una postanowiła czuwać nad spokojem naszego pana – uśmiechnął
się do niej, jednak wcale nie było mu do śmiechu. Ta kobieta zdecydowanie
pozwalała sobie na zbyt wiele, nawet jeżeli odpowiadała w bardzo dużej mierze
za wychowanie Jaspera. – Rozumiem, że nie zaspokoiłem twojej ciekawości, więc
poprosiłbym panicza, o przybliżenie Annie sytuacji, a ja pośpieszę zanim panna
Collins sprawi, że pan Devril do końca dnia będzie chodził z bardzo złym
humorem – ukłonił się Allanowi i pośpiesznie opuścił komnatę pozostawiając za
sobą ciszę przerywaną jedynie stukotem łyżki o miskę.
-
Czy smakuje paniczowi zupa? – zagadnęła po krótkiej chwili, próbując przerwać
niezręczną w jej mniemaniu ciszę.
-
Tak, dziękuję. Wydaje mi się, że czuję się dzięki niej znacznie lepiej –
odrzekł cicho.
-
Cieszę się, Olen jest naprawdę dobrym kucharzem, jednak czasami potrafi
przekombinować przy doprawianiu – stwierdziła, poprawiając mu poduszki, a Allan
już przestał liczyć ile razy były one spulchniane w ciągu ostatnich kilkunastu
minut, ale naturalnie przemilczał to. – Często mi dogryza, ponieważ jest
starszy ode mnie tylko rok, a szczyci się, że zajmuje wyższe stanowisko niż ja.
A przecież wszyscy są tutaj sobie równi – prychnęła, a Allan niemal się
zakrztusił słysząc to.
-
Ostrożnie, paniczu! Proszę się nie śpieszyć, bo się pan zadławi – pokojówka
zerwała się by poklepać go po plecach i pomóc mu unormować oddech. Nie
przygotowany na to zupełnie Allan w pierwszej chwili odsunął się od jej drobnej
dłoni, jednak szybko zrobiło mu się głupio widząc jej zakłopotanie.
-
Przepraszam za moją śmiałość – szepnęła pod nosem, a on poczuł się jeszcze
gorzej.
-
Nic nie szkodzi, chciała mi pani tylko pomóc – zaczął niezręcznie, widząc
diametralną zmianę w jej zachowaniu. – Ja po prostu nie jestem przyzwyczajony
do… - nie dokończył. W zasadzie nie wiedział jak mógłby to zrobić, co
powiedzieć. Że nie jest przyzwyczajony do tego, że służba tak swobodnie potrafi
zachowywać się w pracy? Czy do tego, że ktoś się nim przejmuje? Dziewczyna
widocznie wyczuła, że także on jest onieśmielony, co dodało jej nieco odwagi.
-
Proszę, po prostu Annabelle. To ja jestem tą, która powinna zwracać się do pana
z szacunkiem, jestem tu tylko pokojówką – zarumieniła się pod czujnym wzrokiem
młodzieńca. Wzbudzał w niej dziwne uczucia.
Nie był przystojny. Przystojnym można było nazwać któregokolwiek innego
mężczyznę w tej posiadłości, ale nie jego. On był piękny. Tak by go określiła.
Jego eteryczność sprawiała, że wydawał jej się nierzeczywisty, a jednocześnie
chciała otoczyć go opieką. Nie byłaby zdziwiona, gdyby takie same uczucia
wzbudzał w Elliahu i pannie Collins. – Czy mógłby pan mi przybliżyć o czym
mówił Elliah, paniczu? – spróbowała zmienić temat. Allan zastanowił się chwilę.
-
Ah, tak. Panna Collins wspominała, że chce iść do gabinetu pana Devrila. Chyba
była oburzona, że pracuje – odpowiedział, starannie dobierając słowa, ponieważ
nadal nie wiedział, jaką pozycję zajmował, mimo, że wszyscy zwracali się do
niego grzecznościowo. Cały czas zastanawiała go ta równość, o której mówiła
chwilę wcześniej.
-
Och… Słodcy bogowie – jęknęła brunetka, opadając z powrotem na krzesło.
-
Czy wszystko w porządku? – zaniepokoiło go, że kobieta nagle zbladła.
-
Cóż, proszę się przygotować, że jeszcze dzisiaj będzie paniczowi dane spotkać
naszego pana. Gdy pan zje, pomogę panu się odświeżyć i przygotować do
późniejszej kolacji, ponieważ prawdopodobnie przyjdzie ją paniczowi zjeść w
towarzystwie pana – westchnęła. – Jeżeli panna Collins postanowiła
interweniować, to raczej oznacza koniec pracy pana Devrila na dziś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz